Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuł. Pokaż wszystkie posty
10/04/2014
Wielke żarcie w USA - FOTORELACJA
Amerykanie wyznają zasadę - im więcej, tym lepiej. W Stanach mieszają się wszystkie nacje, kultury i religie, co znajduje doskonałe odzwierciedlenie w kuchni tego kraju. Nie sposób spróbować wszystkiego!
2/24/2014
Gdzie zjeść najlepszą pizzę na świecie?
Praźródeł pizzy można by się doszukiwać w wielu kuchniach świata. Płaskie i okrągłe placki z dodatkiem oliwy i ziół wypiekano już w starożytności - w Egipcie, Grecji, Rzymie. Jadano je także po drugiej stronie oceanu - na terenie dzisiejszego Meksyku. Oczywiście, wypieki nosiły różne nazwy
Umiejętność wypiekania pizzy przynieśli do Włoch w I wieku n.e. Saraceni - koczownicze plemię arabskie. Oni to nauczyli mieszkańców Torre dle Greco koło Neapolu przygotowywania placków z mąki orkiszowej (w późniejszych czasach zamienionej na mąkę pszenną), z dodatkiem oliwy i czosnku. Placki musiały być smakowite, a że wyrabiano je z łatwo dostępnych i tanich składników, szybko stały się popularnym pożywieniem uboższej ludności nie tylko Torre dle Greco, ale i pobliskiego Neapolu. Z czasem stały się narodową potrawą całego Półwyspu Apenińskiego i to Włochy w powszechnym mniemaniu są ojczyzną tej popularnej obecnie na całym świecie potrawy.
Skład najstarszych pizz
Dziś nie wyobrażamy sobie pizzy bez sosu pomidorowego. A przecież smakosze przez wiele setek lat obywali się bez aromatycznych pomidorów. Do Europy z Ameryki sprowadził je Krzysztof Kolumb na przełomie XV i XVI wieku, ale dopiero w XVII wieku zaczęto ich używać w kuchni włoskiej.
Jakie zatem dodatki wykładano na drożdżowym placku? Pierwsi konsumenci z Torre del Greco zadowalali się oliwą i czosnkiem. Potem dodawano lokalne zioła, ser i ryby.
Współczesna pizza powstała dopiero w 1889 roku - użyto do niej składników w barwach włoskiej flagi: zielonej bazylii, białej mozzarelli oraz czerwonych pomidorów. Nazwano ją margherita na cześć królowej Włoch, Małgorzaty Sabaudzkiej.
Gdzie szukać najlepszej pizzy?
Smakosze z całego świata są zgodni: najlepsza pizza na kuli ziemskiej jest w Neapolu, a dokładniej rzecz ujmując, w L’antica pizzeria da Michele. Jest to niepozorny lokal w centrum miasta, w pobliżu portu i dworca kolejowego. Można go rozpoznać z daleka po długiej kolejce osób oczekujących na wejście. Czeka się nawet 2 godziny. Ale warto. Wnętrze nie zachwyca, ściany zdobią biało-zielone kafelki. Uwagę zwraca wyeksponowane w szklanej gablocie zdjęcie znamienitego gościa - Julii Roberts, zajadającej się najlepszą pizzą na świecie.
Pizza w L’antica pizzeria da Michele ma smak jedyny i niepowtarzalny. Zawdzięcza to odpowiedniemu rodzajowi mąki, świeżym dodatkom i mistrzowskim umiejętnościom pizzerów, korzystających z długoletnich doświadczeń rodziny Condurro. Ich pierwsza pizzeria powstała w 1870 roku. Obecna lokalizacja istnieje od 1930 roku.
Pizzeria serwuje tylko dwa rodzaje pizzy: margheritę (mozzarella, pomidory, bazylia) oraz marinarę (pomidory, oregano, czosnek, oliwki i bazylia). Niebo w gębie!
Ceny przystępne nawet dla polskich turystów. Normalnej wielkości margherita kosztuje 4€, średnia - 4,50€, z podwójną mozzarellą -5€. Koszt marinary to: normalna - 4€, średnia - 4, 50€, duża - 5€.
Na dobrej pizzy wystarczy kilka rodzajów dodatków. Są, co prawda, miłośnicy grubego ciasta i miliona dodatków, a taka wersja pizzy zawitała do nas z Ameryki. Ale nawet oni będą zachwyceni prostym, a jednocześnie wykwintnym smakiem klasycznej pizzy, rodem z Neapolu.
Umiejętność wypiekania pizzy przynieśli do Włoch w I wieku n.e. Saraceni - koczownicze plemię arabskie. Oni to nauczyli mieszkańców Torre dle Greco koło Neapolu przygotowywania placków z mąki orkiszowej (w późniejszych czasach zamienionej na mąkę pszenną), z dodatkiem oliwy i czosnku. Placki musiały być smakowite, a że wyrabiano je z łatwo dostępnych i tanich składników, szybko stały się popularnym pożywieniem uboższej ludności nie tylko Torre dle Greco, ale i pobliskiego Neapolu. Z czasem stały się narodową potrawą całego Półwyspu Apenińskiego i to Włochy w powszechnym mniemaniu są ojczyzną tej popularnej obecnie na całym świecie potrawy.
Skład najstarszych pizz
Dziś nie wyobrażamy sobie pizzy bez sosu pomidorowego. A przecież smakosze przez wiele setek lat obywali się bez aromatycznych pomidorów. Do Europy z Ameryki sprowadził je Krzysztof Kolumb na przełomie XV i XVI wieku, ale dopiero w XVII wieku zaczęto ich używać w kuchni włoskiej.
Jakie zatem dodatki wykładano na drożdżowym placku? Pierwsi konsumenci z Torre del Greco zadowalali się oliwą i czosnkiem. Potem dodawano lokalne zioła, ser i ryby.
Współczesna pizza powstała dopiero w 1889 roku - użyto do niej składników w barwach włoskiej flagi: zielonej bazylii, białej mozzarelli oraz czerwonych pomidorów. Nazwano ją margherita na cześć królowej Włoch, Małgorzaty Sabaudzkiej.
Gdzie szukać najlepszej pizzy?
Smakosze z całego świata są zgodni: najlepsza pizza na kuli ziemskiej jest w Neapolu, a dokładniej rzecz ujmując, w L’antica pizzeria da Michele. Jest to niepozorny lokal w centrum miasta, w pobliżu portu i dworca kolejowego. Można go rozpoznać z daleka po długiej kolejce osób oczekujących na wejście. Czeka się nawet 2 godziny. Ale warto. Wnętrze nie zachwyca, ściany zdobią biało-zielone kafelki. Uwagę zwraca wyeksponowane w szklanej gablocie zdjęcie znamienitego gościa - Julii Roberts, zajadającej się najlepszą pizzą na świecie.
Pizza w L’antica pizzeria da Michele ma smak jedyny i niepowtarzalny. Zawdzięcza to odpowiedniemu rodzajowi mąki, świeżym dodatkom i mistrzowskim umiejętnościom pizzerów, korzystających z długoletnich doświadczeń rodziny Condurro. Ich pierwsza pizzeria powstała w 1870 roku. Obecna lokalizacja istnieje od 1930 roku.
Pizzeria serwuje tylko dwa rodzaje pizzy: margheritę (mozzarella, pomidory, bazylia) oraz marinarę (pomidory, oregano, czosnek, oliwki i bazylia). Niebo w gębie!
Ceny przystępne nawet dla polskich turystów. Normalnej wielkości margherita kosztuje 4€, średnia - 4,50€, z podwójną mozzarellą -5€. Koszt marinary to: normalna - 4€, średnia - 4, 50€, duża - 5€.
Na dobrej pizzy wystarczy kilka rodzajów dodatków. Są, co prawda, miłośnicy grubego ciasta i miliona dodatków, a taka wersja pizzy zawitała do nas z Ameryki. Ale nawet oni będą zachwyceni prostym, a jednocześnie wykwintnym smakiem klasycznej pizzy, rodem z Neapolu.
8/26/2013
Smaki świata - top 10 - kierunki kulinarnych podrozy
Etykiety:
artykuł,
azja,
azjatyckie
Podróże kulinarne to alternatywa dla kursów gotowania, na jakie można wybrać się w swoim mieście. Gdziekolwiek by się nie pojechało, podróży nie trzeba ograniczać do odwiedzania restauracji. Istotną częścią turystyki kulinarnej jest nauka gotowania, które jest zarówno dobrym sposobem na spędzenie czasu z przyjaciółmi czy rodziną, jak i szansą na poszerzenie swojego obiadowego repertuaru.
Co prawda w Polsce nie brakuje festiwali kulinarnych, ale i tak najbardziej pożądana jest kuchnia, której nie dane było wcześniej poznać. Stąd w turystyce kulinarnej najpopularniejszymi kierunkami są kraje Azji czy Ameryki Południowej. Po Europie podróżują głównie miłośnicy wina . Dokąd powinni się wybrać ci, którym nie wystarcza ekoturystyka? Oto kilka propozycji przewodnika Get Yor Guide.
San Miguel, Meksyk
By skosztować prawdziwych regionalnych specjałów warto opuścić luksusowy hotel i wybrać się na wycieczkę kulinarną do San Miguel położonego na wyspie Cozumel. To najlepsza okazja do wypróbowania posiłku rybnego ceviche, przygotowywanego z tortillą dania enchilada, świeżego kokosa, pikantnych zup czy regionalnych słodyczy.
Vancouver, Kanada
W tym kanadyjskim mieście jako warte uwagi polecane są nie tylko restauracje, ale także dania od ulicznych sprzedawców. Oferują oni m.in. japadogi, czyli hot dogi z japońskimi specjałami, kebab z chlebem naan, kanapki z wędzonym łososiem czy kulki ryżowe.
Goa, Indie
Tu kuchnia łączy wpływy indyjskie z portugalskimi. Ciekawą propozycją dla turystów jest hotel Siolim House, w którym prowadzone są trzydniowe warsztaty kulinarne. Ich uczestnicy poznają tajniki hinduskiej kuchni wegetariańskiej, a także uczą się, jak przygotować deser ryżowy czy curry ze świeżych ryb.
Seul, Korea Południowa
Warte uwagi są też restauracje, sklepy spożywcze oraz uliczni sprzedawcy w południowokoreańskiej stolicy. Podczas wizyty w Seulu należy wypróbować dwóch dań: grillowanych bulgogów przygotowywanych z mięsa wołowego w sosie sojowym oraz kimchi przyrządzanego z kiszonych warzyw.
Bilbao, Hiszpania
W tej części Hiszpanii odpowiedzią na sławne tapas są pintxos. Szczególnie popularne są one w San Sebastián, gdzie bary i tawerny przyciągają prawdziwe masy turystów. Bagietka i wielobarwne składniki przekute są wykałaczką. Zwykle po degustacji w jednym barze przechodzi się do kolejnego. Wędrówki od baru do baru określane są mianem ruta de pintxos.
Marrakesz, Maroko
Tu autentyczności zaznać można szczególnie w tradycyjnym marokańskim domu. Jest to najlepsze miejsce, by dowiedzieć się, jak przygotować regionalne dania. Do nich należą m.in. tagine z jagnięciny, tanjia, czyli cielęcina po marokańsku, a także zupa harira. Na miejscu skosztować można także szafranu z Taliouine, mięty i oliwek z Meknes i cytryn z Fez.
Co prawda w Polsce nie brakuje festiwali kulinarnych, ale i tak najbardziej pożądana jest kuchnia, której nie dane było wcześniej poznać. Stąd w turystyce kulinarnej najpopularniejszymi kierunkami są kraje Azji czy Ameryki Południowej. Po Europie podróżują głównie miłośnicy wina . Dokąd powinni się wybrać ci, którym nie wystarcza ekoturystyka? Oto kilka propozycji przewodnika Get Yor Guide.
San Miguel, Meksyk
By skosztować prawdziwych regionalnych specjałów warto opuścić luksusowy hotel i wybrać się na wycieczkę kulinarną do San Miguel położonego na wyspie Cozumel. To najlepsza okazja do wypróbowania posiłku rybnego ceviche, przygotowywanego z tortillą dania enchilada, świeżego kokosa, pikantnych zup czy regionalnych słodyczy.
![]() |
| Cevivhe |
Vancouver, Kanada
W tym kanadyjskim mieście jako warte uwagi polecane są nie tylko restauracje, ale także dania od ulicznych sprzedawców. Oferują oni m.in. japadogi, czyli hot dogi z japońskimi specjałami, kebab z chlebem naan, kanapki z wędzonym łososiem czy kulki ryżowe.
![]() |
| Japadogi |
Tu kuchnia łączy wpływy indyjskie z portugalskimi. Ciekawą propozycją dla turystów jest hotel Siolim House, w którym prowadzone są trzydniowe warsztaty kulinarne. Ich uczestnicy poznają tajniki hinduskiej kuchni wegetariańskiej, a także uczą się, jak przygotować deser ryżowy czy curry ze świeżych ryb.
Seul, Korea Południowa
Warte uwagi są też restauracje, sklepy spożywcze oraz uliczni sprzedawcy w południowokoreańskiej stolicy. Podczas wizyty w Seulu należy wypróbować dwóch dań: grillowanych bulgogów przygotowywanych z mięsa wołowego w sosie sojowym oraz kimchi przyrządzanego z kiszonych warzyw.
Bilbao, Hiszpania
W tej części Hiszpanii odpowiedzią na sławne tapas są pintxos. Szczególnie popularne są one w San Sebastián, gdzie bary i tawerny przyciągają prawdziwe masy turystów. Bagietka i wielobarwne składniki przekute są wykałaczką. Zwykle po degustacji w jednym barze przechodzi się do kolejnego. Wędrówki od baru do baru określane są mianem ruta de pintxos.
![]() |
| Pintxos |
Tu autentyczności zaznać można szczególnie w tradycyjnym marokańskim domu. Jest to najlepsze miejsce, by dowiedzieć się, jak przygotować regionalne dania. Do nich należą m.in. tagine z jagnięciny, tanjia, czyli cielęcina po marokańsku, a także zupa harira. Na miejscu skosztować można także szafranu z Taliouine, mięty i oliwek z Meknes i cytryn z Fez.
Włochy
Słoneczną Italię zwiedzać można nie tylko pod kątem zabytków. Na rynku we Florencji warto skosztować m.in. serów mozzarella czy ricotta. W Amalfi można skusić się na oliwki, z kolei w Parmie - na szynkę parmeńską oraz ser parmezan. Lista posiłków, których nie należy pomijać, jest oczywiście dłuższa. Śmiało umieścić można na niej porchettę oraz dania kuchni sycylijskiej, czyli np. caponatę i cassatę.
Bangkok, Tajlandia
Tu, podobnie jak w wielu innych miastach, można zdać się na ulicznych sprzedawców. Na główne danie nadaje się kaczka z ryżem. Najeść można się też sałatką z papai, chrupiącym sumem czy curry z wołowiną.
Stambuł, Turcja
Tu proponowany jest obiad z członkami lokalnej społeczności. Ten zaczyna się od zupy. W ramach drugiego dania podawany jest cacik, czyli chłodnik z ogórkami i jogurtem naturalnym. Później, paląc nargile i popijając herbatę, warto wsłuchać się w opowieści o kulturze i historii Turcji.
Copacabana w Rio de Janeiro, Brazylia
Gdy nabierze się apetytu, spróbować trzeba co najmniej kilku rzeczy: koktajlu alkoholowego caipirinha z cukrem trzcinowym i limonką, przygotowywanego z owoców morza dania moqueca oraz gulaszu feijoada z czarnej fasoli. Alternatywą dla frytek jest tutaj z kolei aipim frito - smażone kawałki korzenia manioku.
Tekst: www.luxlux.pl
zdjęcia: internet
![]() |
| Korzen manioku |
zdjęcia: internet
8/18/2013
Singapur – kulinarny raj
Etykiety:
artykuł,
azja,
azjatyckie,
chińskie,
orient
Budzi skrajne emocje. Jedni się nim zachwycają, inni nie są w stanie w nim wytrzymać. Singapur, bo o nim moda, fascynuje i przyciąga. Jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie. Słynie z czystości, a ostatnio wsławił się oryginalnym i rekordowym osiągnięciem architektury - hotelem Sands Skypark za 6 mld dolarów z dachem w kształcie statku i 150-metrowym basenem na 55 piętrze (najwyżej na świecie położony basen tej wielkości).
Imponujący wzrost gospodarczy, cuda nowoczesnej architektury, ekskluzywne hotele i butiki, idealnie czyste ulice i spokój, a z drugiej strony najwyższa liczba wyroków śmierci w przeliczeniu na ilość mieszkańców, brak poszanowania dla wolności słowa, kontrola mediów i system kar, który przyprawia o gęsią skórkę. Singapur to sprzeczności, które czynią z tego kraju ciekawy cel podróży.
Jest jeszcze jeden ważny element, który skutecznie przyciąga do Singapuru – jedzenie. Zwłaszcza „fast food”, który nie ma nic wspólnego z tym, co kryje się pod tą nazwą na Zachodzie. Kolekcjonerzy doznań kulinarnych, będąc w Singapurze powinni koniecznie odwiedzić „hawker centres”. W jednym miejscu, pod dachem zgromadzono mnóstwo stoisk ze świeżo przygotowywanym jedzeniem. Wybór jest ogromny, a zamiłowanie do jedzenia autentyczne.
Popularny amerykański szef kuchni Anthony Bourdain o Singapurze powiedział w swoim programie, że dla osoby kochającej jedzenie, jest to być może najlepsze miejsce na ziemi.
Imponujący wzrost gospodarczy, cuda nowoczesnej architektury, ekskluzywne hotele i butiki, idealnie czyste ulice i spokój, a z drugiej strony najwyższa liczba wyroków śmierci w przeliczeniu na ilość mieszkańców, brak poszanowania dla wolności słowa, kontrola mediów i system kar, który przyprawia o gęsią skórkę. Singapur to sprzeczności, które czynią z tego kraju ciekawy cel podróży.
Jest jeszcze jeden ważny element, który skutecznie przyciąga do Singapuru – jedzenie. Zwłaszcza „fast food”, który nie ma nic wspólnego z tym, co kryje się pod tą nazwą na Zachodzie. Kolekcjonerzy doznań kulinarnych, będąc w Singapurze powinni koniecznie odwiedzić „hawker centres”. W jednym miejscu, pod dachem zgromadzono mnóstwo stoisk ze świeżo przygotowywanym jedzeniem. Wybór jest ogromny, a zamiłowanie do jedzenia autentyczne.
Popularny amerykański szef kuchni Anthony Bourdain o Singapurze powiedział w swoim programie, że dla osoby kochającej jedzenie, jest to być może najlepsze miejsce na ziemi.
6/13/2013
Zwycięskie dania Nocy Restauracji 2103
Etykiety:
artykuł,
białystok,
gdańsk,
poznań,
restauracja
Tegoroczna Noc Restauracji odbywała się w Poznaniu, Gdańsku i Białymstoku pod koniec maja. Do późnych godzin nocnych można było oglądać pokazy szefów kuchni i próbować dań, które zostały przygotowane specjalnie na to wydarzenie.
Tematem przewodnim tegorocznej imprezy było odczarowanie składników regionalnych. Kucharze we wszystkich miastach wyjątkowo się starali, bo nagroda Grand Prix Nocy Restauracji ma coraz większe znaczenie. Na najlepszą potrawę każdy mógł oddać swój głos. Teraz już znamy zwycięzców i ich wspaniałe dania.
W Gdańsku pierwszą nagrodę zdobyła restauracja Swojski Smak. Serca smakoszy podbiła pierś z gęsi z kaszubskiej hodowli na truskawkowo-melonowym ratatouille z balsamico, podana z puree z młodych marchewek z dodatkiem świeżej kolendry.
Nad morzem gęsina pobiła ryby, zaś w Białymstoku doceniono ...łososia. Podobnie jak w ubiegłym roku zwyciężyło danie przygotowane przez KOKU Sushi - tatar z łososia z żubrówką, ser kozi w tempurze, makrela marynowana oraz śledź w sosie z buraków.
A jaki smak triumfuje w Poznaniu? Nagroda trafiła do rąk szefa kuchni restauracji Blow Up Hall - Tomka Trąbskiego. Przygotował on polędwicę wołową ze smardzami nadziewanymi musem z perliczki i sosem z kaczki. Brzmi pysznie. I choć wydawałoby się, że następna Noc Restauracji dopiero za rok... to jednak nie jest to do końca prawda.
Jak zapewnia pomysłodawca i organizator tej imprezy, Hubert Gonera, z uwagi na olbrzymie zainteresowanie Nocą Restauracji (rzeczywiście w restauracjach poznańskich trudno było o wolny stolik!) już przygotowywana jest w Poznaniu jej edycja jesienna (7-8 września). Będzie ona miała nieco inną formułę, a jej tematem przewodnim będzie oliwa, wino i ser. To oczywiste nawiązania do smaków śródziemnomorskich.
Wrześniowe wydanie Nocy będzie nosić nazwę Noc Restauracji Underground. Szczegółów można szukać już wkrótce na stronach www.nocrestauracji.pl oraz www.kulinarnypoznań.pl
Tematem przewodnim tegorocznej imprezy było odczarowanie składników regionalnych. Kucharze we wszystkich miastach wyjątkowo się starali, bo nagroda Grand Prix Nocy Restauracji ma coraz większe znaczenie. Na najlepszą potrawę każdy mógł oddać swój głos. Teraz już znamy zwycięzców i ich wspaniałe dania.
W Gdańsku pierwszą nagrodę zdobyła restauracja Swojski Smak. Serca smakoszy podbiła pierś z gęsi z kaszubskiej hodowli na truskawkowo-melonowym ratatouille z balsamico, podana z puree z młodych marchewek z dodatkiem świeżej kolendry.
A jaki smak triumfuje w Poznaniu? Nagroda trafiła do rąk szefa kuchni restauracji Blow Up Hall - Tomka Trąbskiego. Przygotował on polędwicę wołową ze smardzami nadziewanymi musem z perliczki i sosem z kaczki. Brzmi pysznie. I choć wydawałoby się, że następna Noc Restauracji dopiero za rok... to jednak nie jest to do końca prawda.
![]() | |
|
![]() |
| Fot. Kulinarny Poznań |
Wrześniowe wydanie Nocy będzie nosić nazwę Noc Restauracji Underground. Szczegółów można szukać już wkrótce na stronach www.nocrestauracji.pl oraz www.kulinarnypoznań.pl
5/26/2013
Kawiarnie rowerowe
Tej wiosny (i nadchodzącego lata) polskie miasta podbija nowy pomysł: kawiarnie rowerowe.
Zaczęło się od Bike Café w Poznaniu , działającej od połowy 2012 roku. Stworzył ją wraz ze swoją dziewczyną Marcin Łojewski, który zainspirował się podobną inicjatywą realizowaną w Kopenhadze. Już latem ubiegłego roku zapowiadał, że planuje zbudowanie całej sieci takich kawiarni. I słowa dotrzymał – stanowisko Bike Café pojawiło się właśnie w Warszawie. W poniedziałek 20 maja zadebiutowało na placu Defilad.
- Mobilność naszej kawiarni wynika z faktu, iż stanowisko do serwowania kawy umieszczone jest na retro rowerze, który codziennie przyjeżdża do centrum Poznania, aby dać mieszkańcom możliwość szybkiego wzmocnienia się łyczkiem pobudzającego espresso lub złapania dużego kubka orzechowego latte na dłuższe rozmowy w pobliskim parku – wyjaśniają założyciele Bike Café.
Bike Café jest pierwszą mobilną rowerową kawiarnią, lecz pomysł Marcina Łojewskiego podchwyciły już inne miasta. W Szczecinie działa Café Rower, natomiast w Łodzi – kawiarnia Pana Rowerskiego. Każda z mobilnych kawiarni, wyposażona w profesjonalny ekspres, łączy zamiłowanie właścicieli do kultury rowerowej i dobrej kawy. Działają w centrach miast i pojawiają się na miejskich imprezach: jarmarkach i festiwalach.
Kawiarnie rowerowe świetnie wpisują się w modę na wszystko, co ekologiczne. Są też próbą poprawienia polityki rowerowej w polskich miastach, a jak wiadomo, nasz kraj nie trafił do rankingu europejskich miast przyjaznych rowerzystom . Ich właściciele rabatami zachęcają właśnie cyklistów. Kawiarnie rowerowe mają jednak pewną wadę: są uzależnione od warunków pogodowych.
Ceny w polskich kawiarniach rowerowych:
Bike Café: od 5 zł za espresso do 11 zł za kawę mrożoną
Pan Rowerski: od 5 zł za espresso do 7 zł za latte
Café Rower: od 5 zł za espresso do 7 zł za latte
Zaczęło się od Bike Café w Poznaniu , działającej od połowy 2012 roku. Stworzył ją wraz ze swoją dziewczyną Marcin Łojewski, który zainspirował się podobną inicjatywą realizowaną w Kopenhadze. Już latem ubiegłego roku zapowiadał, że planuje zbudowanie całej sieci takich kawiarni. I słowa dotrzymał – stanowisko Bike Café pojawiło się właśnie w Warszawie. W poniedziałek 20 maja zadebiutowało na placu Defilad.
- Mobilność naszej kawiarni wynika z faktu, iż stanowisko do serwowania kawy umieszczone jest na retro rowerze, który codziennie przyjeżdża do centrum Poznania, aby dać mieszkańcom możliwość szybkiego wzmocnienia się łyczkiem pobudzającego espresso lub złapania dużego kubka orzechowego latte na dłuższe rozmowy w pobliskim parku – wyjaśniają założyciele Bike Café.
Bike Café jest pierwszą mobilną rowerową kawiarnią, lecz pomysł Marcina Łojewskiego podchwyciły już inne miasta. W Szczecinie działa Café Rower, natomiast w Łodzi – kawiarnia Pana Rowerskiego. Każda z mobilnych kawiarni, wyposażona w profesjonalny ekspres, łączy zamiłowanie właścicieli do kultury rowerowej i dobrej kawy. Działają w centrach miast i pojawiają się na miejskich imprezach: jarmarkach i festiwalach.
Kawiarnie rowerowe świetnie wpisują się w modę na wszystko, co ekologiczne. Są też próbą poprawienia polityki rowerowej w polskich miastach, a jak wiadomo, nasz kraj nie trafił do rankingu europejskich miast przyjaznych rowerzystom . Ich właściciele rabatami zachęcają właśnie cyklistów. Kawiarnie rowerowe mają jednak pewną wadę: są uzależnione od warunków pogodowych.
Ceny w polskich kawiarniach rowerowych:
Bike Café: od 5 zł za espresso do 11 zł za kawę mrożoną
Pan Rowerski: od 5 zł za espresso do 7 zł za latte
Café Rower: od 5 zł za espresso do 7 zł za latte
![]() |
| Bike Cafe w Poznaniu Fot. Bike Cafe |
![]() |
| Kawiarnia Pana Rowerskiego w Łodzi Fot. Pan Rowerski |
![]() |
| Cafe Rower w Szczecinie Fot. Cafe Rower |
5/22/2013
Cronaty, nowa cukiernicza moda!
Wśród nowojorskich łasuchów zapanowała nowa moda. Teraz obiektem pożądania nie są już cupcake'i, ale cronaty (ang. cronuts). Na rynek wprowadziła je w maju działająca na Manhattanie piekarnia Dominique'a Ansela. Cukiernik, choć już wcześniej był jednym z najpopularniejszych w całych Stanach Zjednoczonych, zapewne nie marzył nawet o rozgłosie, jakie przyniosły mu nowe słodkości. Nie minął nawet miesiąc, a już pojawiają się sugestie, że cronaty staną się równie kultowe jak cupcake'i.
Pierwszego dnia w sprzedaży pojawiło się 50 cronatów. Rozeszły się jak świeże bułeczki. Trzy dni później, by „załapać się” na ciacho, trzeba było pojawić się w piekarni wcześnie rano. Do godz. 9.30 wszystkie 200 sztuk zostało wyprzedanych. Teraz taka ilość znika z półek w godzinę. W czym tkwi ich sukces? Miękkie i słodkie cronaty są hybrydą sławnych croissantów i donatów, a opracowanie ostatecznego przepisu wymagało wypróbowania dziesięciu różnych receptur.
Jak powiedział redakcji Mail Online Dominique Ansel, przedkłada on jakość nad ilość, a przygotowywanie cronatów jest absorbujące. Ciasto zbliżone do tego, z jakiego robione są francuskie rogaliki, smażone jest w głębokim tłuszczu. Do cronatów, wypełnianych kremem waniliowym, potrzeba też różanego cukru. Pokrywa je bowiem różana polewa.
Cronaty powinno zjadać się tego samego dnia, bo jak twierdzi ich twórca, świeżość tracą po sześciu godzinach. Czy i kiedy pojawi się okazja na wypróbowanie ich poza Nowym Jorkiem? Jak podał Mail Online, zainteresowali się nimi już cukiernicy z Hongkongu, Los Angeles i Melbourne. Nie wiadomo jednak, czy poznają oni szczegółowy przepis na cronaty. Dominique Ansel postanowił je opatentować.
5/13/2013
Kolacja w eleganckiej restauracji - jak się zachowywać?
Etykiety:
artykuł,
porady kulinarne,
rady
Nie mlaskamy, nie mówimy z pełnymi ustami i nie zachowujemy się głośno – te zdroworozsądkowe zasady zna każdy odwiedzający restauracje. Problem zaczyna się wtedy, kiedy dostajemy zaproszenie na biznesowy lunch czy kolację w nieco bardziej eleganckim miejscu. Jak się zachować? W co się ubrać? Wszelkie wątpliwości powinny rozwiać wskazówki, które warto znać, wybierając się do luksusowej restauracji.
Ubieramy się elegancko
Panów w takim miejscu obowiązuje marynarka lub garnitur. Jeżeli spotykają się na biznesowej kolacji z klientami, muszą być pod krawatem dla podkreślania bardziej formalnego looku. Kobiety zakładają elegancką sukienkę lub garnitur i buty na wysokim obcasie.
Nie kładziemy na stół telefonów, kluczy oraz torebek
Pozostawione na stole drobiazgi rozpraszają nie tylko nas samych, ale i naszych współtowarzyszy, kelnera, a nawet innych gości restauracji.
Pozwalamy gościom zamówić jako pierwszym
Trzeba dać jasno do zrozumienia, kto jest gospodarzem spotkania. Wystarczy przy zamówieniu powiedzieć: „Może mój gość chciałby zamówić jako pierwszy?” Zwrot ten powinien rozwiązać wszelkie wątpliwości.
Jeżeli jesteśmy gospodarzami spotkania, zadbajmy wcześniej o uregulowanie rachunku
Zanim usiądziemy do stołu, możemy prosić kelnera o dyskrecję lub zadzwonić wcześniej w tej sprawie do restauracji. Dzięki temu unikniemy krępującej sytuacji przed gośćmi.
Nie mówmy kelnerowi przy gościach, ile chcemy wydać na wino
Przy zamawianiu trunków wystarczy podać nasz ulubiony rodzaj, wskazując na liście ten, który odpowiada kwocie, jaką chcemy wydać. Nie udawajmy przed gośćmi, że jesteśmy koneserami wina, ponieważ jest to zupełnie niepotrzebne. Wystarczy spróbować odrobinę, by sprawdzić, czy odpowiada nam smak. W dziewięciu na dziesięć przypadków jest odpowiedni.
Nie oddajemy otwartej butelki z winem jeżeli nam nie smakuje
Zasada mówi jasno, że nie oddajemy butelki z winem tylko dlatego, że nam nie smakuje. Możemy to zrobić jedynie w przypadku kiedy jest zepsute i zupełnie nie nadaje się do wypicia, ale warto wytłumaczyć sytuację kelnerowi
Nie fotografujemy serwowanych potraw
Jest to dopuszczalne, o ile nie rozpraszamy innych gości. Z pewnością nie zrobimy zdjęć na biznesowym lunchu, ale możemy pozwolić na to naszemu klientowi, o ile ma na to ochotę.
5/10/2013
Chlebuszek lepszy od kawioru - opowieść o rosyjskiej kuchni
Jako podarki lubię przywozić do Polski czerwony (z łososia) kawior i "stopariki", czyli 100-gramowe zamknięte metalową pokrywką szklaneczki z czystą wódką. Stawiam przed człowiekiem puszkę, a obok setuchnę i tłumaczę, że na Wschodzie to tradycyjny ludowy zestaw śniadaniowy, od którego tam zaczyna się dzień. Żart, oczywiście, ale niektórzy wierzą.
A serio, to w Rosji nie ma dnia i nie ma jedzenia bez chleba. Nie, nie chleba, ale pieszczotliwie - "chlebuszka". Bo Rosjanie się w nim kochają. Tradycja każe przegryzać nim wszystko - choćby ryż, makaron, ziemniaki. We włoskich eleganckich restauracjach potrafią zażądać chleba do spaghetti czy pizzy. Cokolwiek byś zamawiał w knajpie, kelner obowiązkowo zapyta, ile chcesz kromek do każdego dania. A w prostych "pielmiennych", czyli niestety nielicznych już zachowanych po ZSRR barach, gdzie serwują przede wszystkim pierogi, w ogóle nie pytają, tylko na talerz obok dymiącego dania kładą "chlebuszek".
Rosjan wciąż do łez bawi oglądana już przez wszystkich setki razy scena z nakręconego 42 lata temu kultowego filmu "Białe słońce pustyni", w której bohater z obrzydzeniem odwraca się od podsuwanej mu miski z czarnym kawiorem i marzycielsko wzdycha: "Tak by chlebuszka pojeść".
Starsi Rosjanie bardzo chleb szanują. Wielu z nich z zachwytem przypomina sobie moment, kiedy pierwszy raz w życiu udało im się wziąć do ust kęs białego chleba. Pamiętają ten smak, tę chwilę szczęścia, która nastała gdzieś pod koniec rządów Nikity Chruszczowa, czyli w pierwszej połowie lat 60. Wcześniej w ZSRR chleba zawsze brakowało. I przez lata był tylko na kartki. Kiedy w 1935 r. Stalin wygłosił słynną frazę: "Żyje się lepiej, towarzysze, żyje się weselej", powodem do radości było właśnie oczekiwane od dekady pojawienie się chleba w wolnej sprzedaży.
10 lat temu cały kraj pomagał dotkniętemu wielką powodzią Leńskowi nad syberyjską Leną. I dosłownie zarzucił to niewielkie miasto chlebem. Chleba było mnóstwo, znacznie więcej, niż ludzie mogli zjeść. Starsze kobiety zabrały się więc do produkcji sucharów. Pokrojony na kromki chleb suszyły wszędzie: w piekarnikach, na parapetach, na balkonach, wystawionych na majowe słońce stołach. Na czarną godzinę, bo może zabraknąć.
Ta miłość do "chlebuszka" sprawia, że pieczywo w Rosji jeszcze nie uległo globalizacji. Nie stało się watą bez smaku, jak w Europie Zachodniej. Tu wciąż znajdziesz w sklepach "chlebuszek" ciężki, wonny, smaczny - "dargiński" czy "borodiński" z kminkiem. Nie zapychacz żołądka, tylko prawdziwe jedzenie, które i bez omasty sprawia przyjemność.
Jak trwoga, to na działki
"Chlebuszek" ma w Rosji jeszcze siostrę. Też kochaną i też nazywaną pieszczotliwie - "kartoszkę", czyli ziemniak. Ją tutaj przyrządzają na setki sposobów. Choćby po prostu gotowaną. A ona, kiedy podlać ją olejem słonecznikowym - koniecznie ciemnobrunatnym, bo nie filtrowanym, pachnącym świeżo rozgniecionym ziarnem, jest delikatesem. Chętnie mieszają ją z solonymi grzybami i cebulą. Chętnie smażą z kawałkami przerośniętej warstewkami mięsa słoniną. Takie danie z kiszoną domową kapustą, jeśli wyszło spod ręki doświadczonej gospodyni, to przysmak. Problem tylko, że jego pojawienie się na stole, wywołuje skojarzenia jednoznaczne. Koniecznie więc ktoś z biesiadników zaproponuje: - "Awansujmy tę prostą strawę do rangi zakąski".
"Kartoszka", jak i "chlebuszek" są bardzo szanowane. Ona i tylko ona ratowała w trudnych czasach. Dziś czasy nietrudne, a dzięki koniunkturze na gaz, ropę i inne skarby, którymi Rosja bogata - syte. Ale jeśli pojawi się jakieś, choćby tylko iluzoryczne, zagrożenie dobrobytu, "kartoszka" staje się bohaterem dnia. W 2008 r., kiedy po świecie zaczęło krążyć widmo kryzysu, a gospodarka Rosji pikowała, obroty jednej tylko branży rosły lawinowo - znakomicie sprzedawało się wszystko, co potrzebne do uprawy ogródka. Pytałem wtedy wyglądających na zamożnych klientów dużego moskiewskiego supermarketu Sadownik (Ogrodnik), po co im te wszystkie motyczki, szpadle. Odpowiadali, że pewnie na ich podmoskiewskich daczach przyjdzie się pożegnać z rabatami kwiatków, trawnikami i trzeba będziehodować właśnie "kartoszkę".
Kryzys okazał się nie taki straszny, trawniki ocalały. Ale sprzęt do pielenia radlin ziemniaczanych na wszelki wypadek, jak pociąg pancerny w przysłowiu rosyjskim, "czeka pod parą na bocznicy".
Jest w Moskwie osobliwa restauracja Oprycznik. Nazwa niezbyt przyjemna, bo przywołuje okrutnych pretorian krwawego Iwana Groźnego, którzy nie mrugnąwszy okiem, likwidowali wrogów monarchy. Całkiem niedaleko stąd swój roboczy warsztat miał w XVI w. Maluta Skuratow, oberoprycznik i główny carski oprawca. Restauracyjna toaleta ma przypominać sławnego okrutnika i została urządzona w stylu dawnej izby tortur. Rozstawiono tu groźnie wyglądające urządzenia do zadawania bólu, kaleczenia, łamania kości. Nastrój dopełniają ściany pomalowane na kolor krwistoczerwony.
No, ale o tym lepiej nie przy jedzeniu.
Oprycznik to w zamyśle jego założycieli, grupy rosyjskich patriotów, żeby nie powiedzieć nacjonalistów, restauracja-przesłanie. Ona ma gościom przypominać, jaka była Rosja, zanim car Piotr I wpuścił do niej jadowite wiatry z Europy. Tu podają tylko to, co jedli jeszcze niezarażeni Zachodem bojarzy w XVI-XVII stuleciu.
Wtedy w tym kraju, gdzie lato krótkie, a zima długa, głównym problemem było jak zakonserwować jedzenie, by dotrwało do kolejnych zbiorów. A konserwowała przede wszystkim sól. Przez to w Rosji ważnym składnikiem jadłospisu są "solenja", czyli solone ogórki, grzyby, czosnek, czosnek niedźwiedzi, kapusta kiszona, tu zwana "soloną". Rosjanie osiągnęli też mistrzostwo w soleniu ryb. Nie śledzi, które bardzo lubią. Tego akurat nauczyli się od Żydów. Znakomicie robią tu solone "czerwone" ryby, przede wszystkim łososie. A są jeszcze rzeczy "moczone", czyli zakonserwowane w roztworze soli, octu i miodu. "Moczone", zachowujące kolor i jędrność, są tu na przykład jabłka czy czosnek.
Oprycznik szczyci się jeszcze uchą, czyli zupą rybną przyrządzoną według starych recept. Uch w Rosji jest tyle, ile barszczy na Ukrainie. Każdy kucharz ma swój tajny sposób na to, jak gotować ryby różnych gatunków, kiedy dodać do nich kaszę jaglaną czy perłową, kiedy w kotle z bulionem gasić - dla lepszego smaku - głownię z ogniska...
Ale tylko w "przedeuropejskim" Opryczniku zjeść można, jeśli się wcześniej zamówi, uchę "patriarszą". Dla niej gotują bulion z kogutka, potem w nim białą rzeczną rybę, później - rybę czerwoną, a na końcu w gęstym drobiowo-rybnym rosole - kawałek jesiotra. Danie drogie, pracochłonne, ale niezwykłe i pyszne.
Z Puszkinem do Jaru
Wielkim pisarzom, którzy smacznie pisali o jedzeniu, Aleksandrowi Puszkinowi czy Lwu Tołstojowi, bardziej jednak podobała się kuchnia "zepsuta" wpływami europejskimi. Ich nie przyciągały ryby czy mięsa duszone w "czugunkach" (żeliwnych sagankach) w "ruskiej pieczce", czyli tradycyjnym wielkim piecu. Im raczej podchodził filet z przedniej wołowiny na oliwie z oliwek pierwszego tłoczenia podlany francuskim winem. A takie frykasy serwował choćby sławny moskiewski Jar.
To o tej restauracji Bułat Okudżawa w jednej ze swoich najbardziej znanych piosenek śpiewał, że tak chciałby z Aleksandrem Siergiejewiczem wpaść tu na "kolację choćby na pół godziny". Przeznaczony dla najlepszego moskiewskiego towarzystwa Jar, którego historia zaczęła się w latach 20. XIX w., odrodził się w nowej Rosji. Dziś mieści się w hotelu wciąż noszącym zupełnie nieadekwatną dla tego stylu i szyku nazwę Sowieckaja.
W Jarze można, jeśli finanse pozwolą, popróbować tego, co cieszyło carewiczów, książęta, hrabiego Tołstoja i Puszkina. Ale 30 minut nie wystarczy na czarny kawior z jesiotra, zupę z homarów, przepiórkę faszerowaną wątróbką kaczki. W hotelu Sowieckaja króluje więc ta sama babilońska wyżerka, którą gromił kiedyś rewolucyjny poeta Władimir Majakowski: "Jedz ananasy, jarząbki żuj, Dzień twój ostatni nadchodzi, burżuju!".
Nowi burżuje w Rosji mają gdzie dogodzić swoim podniebieniom. Drogich restauracji francuskich, włoskich, meksykańskich, brazylijskich i wszelkich innych bardzo egzotycznych, gdzie moskwianie nie tylko jedzą, ale i uczą się nowych smaków, nowych potraw, w stolicy nie zliczysz.
Naprzeciw Jaru, po drugiej stronie Prospektu Leningradzkiego, przedsiębiorcy, którym to, co radzieckie, kojarzy się kiepsko, urządzili Szaszłykarnię Antysowiecką. Skończyło się to dzikim skandalem i władze pod naciskiem starych oburzonych komunistów kazały zdjąć z szyldu słowo "antysowiecka". Tu hotel może wciąż być "sowiecki", ale knajpie "antysowiecką" być jeszcze nie wolno.
Kuchnię rosyjską wzbogacały przez lata nie tylko kaprysy starej i bezwstydnie bogatej arystokracji czy nuworyszy ciekawych tego, co się jada we wszelakich zagranicach. Także, jak przystało na kuchnię imperium, kulinarne odkrycia śmiałych pionierów i to, czego uczyła się od podbijanych narodów armia. Tak w Rosji zadomowiły się kaukaskie szaszłyki, azjatycki płow, czyli danie z ryżu i baraniny, dalekowschodnie kraby. Wzbogaciły ją też krainy Dalekiej Północy.
Jest w centrum Moskwy restauracja Ekspedycja założona przez geologa, który tęskni za romantyką dawnych wypraw na Jamał po nowe złoża gazu, wędrówką po jakuckiej tajdze w poszukiwaniu kominów kimberlitu, kryjących diamenty. W ścianach przystrojonych skórami niedźwiedzi, wilków, lisów, soboli serwują tu dania narodów Północy. Różne pardwy, głuszce, jelenie, łosie, łapy niedźwiedzie - smaczne, ale wyglądające makabrycznie, bo zupełnie jak dłoń człowieka.
Przychodzi się tu jednak przede wszystkim, na coś, czego gdzie indziej, poza wybrzeżami polarnych mórz, nie popróbujesz - prawdziwą stroganinę. - Syberyjską rybę, nelmę i moksuna, przywozimy samolotami wojskowymi z Tiksi, portu u ujścia Leny do Morza Łaptiewów. Ją tam łowią w silne mrozy. Najlepiej w "sorokowiki", czyli takie, kiedy temperatura spada poniżej 40 stopniu mrozu - opisuje technologię przygotowania stroganiny kucharz Jurij. Ryba wyciągnięta z wody na taki mróz błyskawicznie przemarza do ości. Potem, póki nie trafi na stół, nie wolno jej trzymać w temperaturze wyższej niż minus 18, bo w mięsie powstaną pęcherzyki powietrza i prawdziwa stroganina z niej nie wyjdzie.
- W kuchni tuż przed podaniem ściągam skórę z ryby i ostrym nożem strugam ją jak patyk. Te strużyny rybiego mięsa to już właśnie gotowa stroganina. Surowe, zamrożone mięso. Żadnych przypraw. Pełen bukiet witamin i substancji odżywczych, które są w dzikiej rybie z czystych północnych rzek. Nic nie przepada - zapewnia kucharz.
Pielmienie i bliny
Związek Radziecki miał też swój fast food, który dziś niestety szybko znika. Trudno już tu znaleźć zwyczajną "rumoczną", czyli "kieliszkową". W takich ciasnych i z reguły niezbyt czystych barach na stojąco można wypić setkę czy dwie "białej" (tak tu nazywają czystą) pod kromkę "chlebuszka borodińskiego", ze śledzikiem czy soloną słoniną. Obskurnie tu, ale jakże swojsko. I na towarzystwo można czasem trafić znakomite. Kiedy mieszkałem przy stołecznym Prospekcie Leninowskim, w rejonie, gdzie jest mnóstwo instytutów naukowych, w "rumocznej" po sąsiedzku spotykałem wybitnych profesorów, którzy opowiadali tak ciekawie o swojej pracy, że i o wódce się zapominało.
Giną też "pielmiennyje", małe garkuchnie, gdzie podają "pielmienie", czyli pierogi. Polakom zdarza się mylić "pielmienie" z "pirożkami". Te pierwsze to właśnie nasze pierogi - koniecznie z mięsem, bo jeśli nadzienie jest bardziej wegetariańskie, takie jak twaróg czy wiśnie, mamy na talerzu "wareniki". A "pirożki" to wbrew temu, co się nam wydaje, drożdżowe bułeczki z nadzieniem mięsnym, owocowym, rybnym itp.
"Pielmiennych" żal, bo tu karmią tanio i choć standardy sanitarne niziutkie, bezpiecznie. Nigdy nie słyszałem, żeby w Rosji ktoś się zatruł pierogami, i wszystkim, którzy tu przyjeżdżają, radzę, by wszędzie zamawiali właśnie to smaczne tradycyjne danie. Trzeba być tylko przygotowanym na to, że do "pielmiennych" albo zaproponują gościowi, albo bez pytania dodadzą - gęstą śmietanę. Tutaj bardzo lubią taką kompozycję.
Mocno trzymają się natomiast "blinnyje", które karmią innym tradycyjnym daniem - blinami. To niby takie nasze naleśniki, ale nie do końca. Przepisów na bliny jest nie mniej niż na barszcz ukraiński. Każda gospodyni ma swój. Jedna robi je z mąki pszennej, inna żytniej, jeszcze inna - gryczanej. I spulchnia albo sodą "zgaszoną" sokiem z cytryny, albo drożdżami, albo zakwasem... Słowem sztuka kulinarna ani łatwa, ani mała.
A jeść to ulubione danie Rosjan można ze śmietaną, konfiturami, czerwoną soloną rybą, czerwonym kawiorem, mięsem - ze wszystkim. "Blinnyje" mają czym skusić gości i pewnie będą trwać.
Powrót tradycji
Domowa kuchnia Rosjan była w ostatnich latach monotonna i uboga. Widać to było choćby na stołach świątecznych z okazji Nowego Roku czy Dnia Kobiet. Zawsze obowiązkowo zdobi je sałatka "oliwie" - coś jak nasza warzywna tylko z mięsem i dosłownie pływająca w majonezie. Do tego pokrojone wędliny, śledź, kotlety mielone. I jeszcze tort ze sklepu i już całe święto. A nierzadko gościom serwuje się tu po prostu przywiezioną na zamówienie pizzę.
Ostatnio jednak Rosjanie zaczęli się interesować i wracać do swych kulinarnych tradycji. Do łask i na stoły świąteczne wracają: "śledź pod szubą", czyli pokryty na półmisku warstwą ziemniaków i gotowanych buraków, a także placki ziemniaczane.
Powrót dawnych, zapomnianych w ZSRR tradycji najlepiej widać w czasie "maślennicy", czyli poprzedzającego Wielki Post tygodnia zapustów. To okres, kiedy Rosja objada się blinami, przy czym każdy dzień ma swój rytuał. Jest dzień, kiedy na bliny idzie się do teściowej; jest taki, kiedy karmi nimi mama; i taki, kiedy się do siebie zaprasza rodziców. Ludzie uczą się tych tradycji, dużo o nich czytają, starają się ich przestrzegać.
Do kuchni w domach rosyjskich niespiesznie wraca dawna Rosja.
tekst: Wacław Radziwinowicz
fotografia: Krzystof Miller
5/04/2013
Belgijskie piwo
Mówi się, że Belgowie mają 360 gatunków piwa, po jednym na każdy dzień roku.
Pięć pozostałych dni zarezerwowano dla tych, których jeszcze nie ma, ale wkrótce zostaną wymyślone. Ale to wszystko i tak nieprawda, bo belgijskich piw jest grubo ponad tysiąc.
Myślę, że piwosze nie idą do raju, tylko prosto do Belgii. Gdzie by im było lepiej? Kraj mały, piwa dużo - czternaście milionów hektolitrów co roku, nic człowieka nie rozprasza, nawet kobiety, bo, niestety, wyjątkowo nieatrakcyjne. Można degustować w spokoju. Klasycznego pilsa. Dwójniaka albo trójniaka od trapistów. Duvela, Lucifera, a nawet Satana. Piwko z wiśni i bananów. Białe, złote, brunatne, czarne, czerwone. I w ogóle.
Poznając belgijskie piwa, zaczynamy od pilsa. Aż 80 proc. miejscowej produkcji to właśnie klasyczne pilsy, piwa dolnej fermentacji ze słynną na całym świecie Stellą Artois (stella to gwiazda - uwarzono ją z okazji Bożego Narodzenia 1926 r.) na czele. Sami Belgowie od Stelli wolą Jupilera. Browary produkujące oba te piwa (Artois Leuven i Piedboef) należą do grupy Interbrew (InBev). Świetne pilsy powstają też w koncernach Alken-Maes i Haacht, poza tym aż 50 gatunków belgijskiego jasnego pełnego to dzieło minibrowarów.
Doświadczonemu piwoszowi Belgia kojarzy się z piwami o większej mocy niż zwykły pils. Ogłoszony w 1919 r. tzw. akt Vandervelde zakazywał sprzedawania w belgijskich barach mocnych alkoholi. Zniknęły brandy, wódki, sznapsy, zostało samo piwo. Spytajcie osób doświadczonych - upijanie się czeroprocentowym browarem trwa długo, jest kosztowne, bo trzeba wypić nieraz i kilkanaście kufli, a poza tym człowiek ciągle lata do toalety (Belgowie mówią, że ludzie, którzy piją słabe piwo, nie lubią piwa, tylko lubią sikać). Prawo zostało szybko nagięte, browary zaczęły dostarczać piw o coraz większej mocy, nierzadko nawet dwunastoprocentowych! Nie wiadomo, do czego by doszło (w Anglii jest np. piwo Baz Super Brew o imponującej mocy 23 proc., a zatem nie ma rzeczy niemożliwych), gdyby nie to, że w 1983 r. akt Vandervelde przestał obowiązywać. Ale mocne piwa zadomowiły się w Belgii i już tu zostały.
PIWA TRAPISTÓW I PIWA ZAKONNE
Trapistom, a właściwie mnichom Zakonu Cystersów Ściślejszej Obserwacji, nie trzeba było niczego nakazywać ani zakazywać. Oni i tak w swoich klasztorach produkowali piwa mocne. Na świecie jest 7 opactw, które na mocy decyzji trybunału w Gandawie mają przywilej warzenia piw "peres trappistes". Sześć z nich znajduje się właśnie w Belgii. Są to: Bieres de Chimay, Brasserie d'Orval, Brasserie de Rochefort, Brouwerij Westmalle, Brouwerij Westvleteren oraz Brouwerij de Achelse Kluis.
Piwa trapistów powstają obowiązkowo w obrębie murów klasztornych według mnisich receptur. Zyski z ich sprzedaży są przeznaczane na podstawowe potrzeby zakonników oraz na renowację ich siedzib, a pozostała część na cele społeczne i dobroczynne. Wszystkie belgijskie piwa trapistów to tzw. ales, piwa górnej fermentacji, zawsze butelkowane (niektóre ponownie fermentują w butelkach - jak szampan). Napisy: Dubbel (dwójniak, 5-8 proc.), Tripel (trójniak, ponad 9 proc.), Quadrupel (czwórniak, nawet ok. 13 proc.) na etykiecie wskazują na moc piwa.
Piw trapistów nie należy mylić z klasztornymi, które nie muszą być wytwarzane w opactwach. Powstają najczęściej w browarach, które wykupiły klasztorne licencje i receptury (bywa, że ów klasztor już nie istnieje), nierzadko opactwo użycza piwu nazwy, nie ma jednak wpływu na produkcję i sprzedaż. Najsłynniejsze jest z pewnością Leffe (koncern InBev), warto polecić też Grimbergen, Tripel Karmeliet, Maredsous, Watou, Saint-Feuillien, Floreffe i Val-Dieu.
I PRAWIE CAŁA RESZTA
Piwa "blonde", wbrew nazwie, nie są przeznaczone dla blondynek, chyba że tych z mocną głową. Mają sporo - około 8 proc. - alkoholu. W tej grupie znawcy polecają Duvela, Delirium Tremens (!), Ciney Blonde i Brigand.
Piwa amber, inaczej zwane belgijskimi ales powstały na początku XX w., kiedy piwowarzy zaczęli dopasowywać smak brytyjskich pale ales do belgijskiego podniebienia. Ambery są - jak nazwa wskazuje - bursztynowe w kolorze i mają karmelowy smak. Absolutnym hitem rynkowym jest Palm serwowany w okrągłych szklankach na niskiej nóżce, tzw. bollekes. Inne, mniej znane, ale równie dobre piwa tej kategorii, to Dikke Mathile, Twels Pilsner Speciaal i Vieux Temps.
Piwa ciemne są mocne, brunatne, intensywnie chmielone. Polecamy XX Bitter z browaru De Ranke's i Hommelbier z browaru Popering. Niektórzy zaliczają do tej kategorii także piwo trapistów z klasztoru Orval.
Piwa szampańskie (Biere de Champagne lub Biere Brut) zostały wymyślone dość niedawno. Przez dłuższy czas dojrzewają w beczkach, potem butelkuje się je i leżakuje według metody szampańskiej. Przykładem może Malheur Biere Brut i DeuS.
Piwa typu Oud Bruin to lambiki flamandzkie o intrygującej miedzianej barwie. Do najlepszych należą Goudenband i Monk's Flemish Sour Red Ale. Oud Bruin warzy się też poza Flandrią, m.in. w Holandii.
W smaku piw czerwonych dominuje suszony chmiel. Produkuje je browar Rodenbach, szczepiąc brzeczkę piwną mieszaniną drożdży i bakterii kwasu mlekowego (identycznych jak jogurtowe). Czerwone piwa dojrzewają w dębowych beczkach, mają ok. 5 proc. alkoholu i głęboką, czerwonobrązową barwę. Są orzeźwiające, kwaskowate, o intensywnie owocowym smaku.
Niefiltrowane białe piwa pszeniczne typu Witbier (Blanche) tym różnią się od innych, np. niemieckich weizenów, że przyprawia się je kolendrą lub skórką pomarańczową. Klasyczne przykłady to La Binchoise Blanche, Hoegaarden, Brugse Witte und Steendonk.
Piwa sezonowe są lekkie, krótko leżakowane, jasne w kolorze. Mają delikatny posmak karmelu i zawierają nie więcej niż 5 proc. alkoholu. Produkuje się je w Walonii w okolicy miasta Tournai.
Dwójniaki, trójniaki i czwórniaki to określenia, które pojawiają się nie tylko na piwach trapistów. Dubbel (Double) powstaje w wyniku podwójnej fermentacji, jest ciemny, ma korzenny smak. Do najlepszych należą Enghien i Grimbergen Double. Tripel (Triple) bywa jasny (blond) lub ciemny, zawsze jest mocny i ma intensywny smak. Fermentuje dzięki drożdżom odpornym na działanie alkoholu. W czołówce tripli są Sint-Iedesbald i Brugse Tripel.
Ekstramocny, ciemny Quadrupel - powiedzmy Bush ambrée, Rochefort 10, Westmalle 12 - jest dla supermenów. Zgodnie z nazwą.
To musisz wiedzieć
Większość "specjalnych" piw belgijskich jest rozlewana u producenta, ale przez 1-3 lata dojrzewa jeszcze w butelce. Jeśli kupujesz piwo z zamiarem starzenia, musisz zapewnić mu stałą temperaturę 4-10 stopni.
Butelki piw belgijskich są najczęściej brązowe lub zielone, co pozwala uniknąć negatywnego wpływu światła.
Piwo zamykane jest korkiem lub kapslem, czasami i jednym, i drugim.
Belgijskie piwa sprzedaje się w butelkach o pojemności: 250 ml, 330 ml, 375 ml (m.in. słynny lambic), 750 ml oraz wielokrotności 750 ml. Te ostatnie (magnum, jeroboam etc.) rzadko pojawiają się w "normalnych" sklepach.
Zgodnie z panującym w Belgii obyczajem 750-ml butelki piwa nie wypada zamówić tylko dla siebie, jeśli przy stole siedzą jeszcze inne osoby.
Generalnie każdy gatunek piwa ma własne szkło. Szklanki różnią się kształtem, pojemnością i, oczywiście, firmowym nadrukiem. W szanującym się barze nikt nie poda ci zamówionego piwa w szklance z logo innej firmy.
Gdy zamawiasz "demi" (połówkę), dostajesz albo szklankę o poj. 500 ml nalaną "z kija", albo dwie butelki po 250 ml. To miara belgijska, bo np. już we Francji "demi" oznacza jedną szklankę o poj. 250 ml.
To nie ma być wyczerpujący podręcznik do belgijskiego piwa (ale patrz dalej czytać o sugestie), a wprowadzenie, aby po raz pierwszy gościem w Belgii rozpoczął się najbardziej na świecie wspaniałej kultury piwnej. Beermad nie rości żadnych wielką wiedzę na ten temat, po prostu miłość, Belgii i jego piwa i chęć wprowadzenia innych do przyjemności tego wspaniałego kraju.
Odnośnie języka
Belgia ma trzy oficjalne języki, flamandzki (prawie, ale nie całkiem, identyczny jak niderlandzki) używany przez 70% ludności, po francusku mówi ok 25% ludności, a po niemiecku ok 5%. Belgowie wydają się być bardzo szowinistyczny odnośnie swojego języka. Używanie go w nie właściwy sposób często odbierane jest jako bardzo obraźliwe. Na szczęście językowy podział jest, z wyjątkiem stolicy, dość wyraźnie określony; we Flandrii
Flamandowie (tak jak ich holenderscy kuzyni) wydają się być mistrzami lingwistyki. Bardzo wysoki procent z nich mówi po angielsku, a wielu z nich mówi dodatkowo po francusku lub niemiecku. Walonowie natomiast często są jednojęzyczni.
Tak jak nigdzie indziej w Europie wysiłek starań mówienia regionalnym językiem jest zawsze mile widziany.
Pięć pozostałych dni zarezerwowano dla tych, których jeszcze nie ma, ale wkrótce zostaną wymyślone. Ale to wszystko i tak nieprawda, bo belgijskich piw jest grubo ponad tysiąc.
Myślę, że piwosze nie idą do raju, tylko prosto do Belgii. Gdzie by im było lepiej? Kraj mały, piwa dużo - czternaście milionów hektolitrów co roku, nic człowieka nie rozprasza, nawet kobiety, bo, niestety, wyjątkowo nieatrakcyjne. Można degustować w spokoju. Klasycznego pilsa. Dwójniaka albo trójniaka od trapistów. Duvela, Lucifera, a nawet Satana. Piwko z wiśni i bananów. Białe, złote, brunatne, czarne, czerwone. I w ogóle.
Poznając belgijskie piwa, zaczynamy od pilsa. Aż 80 proc. miejscowej produkcji to właśnie klasyczne pilsy, piwa dolnej fermentacji ze słynną na całym świecie Stellą Artois (stella to gwiazda - uwarzono ją z okazji Bożego Narodzenia 1926 r.) na czele. Sami Belgowie od Stelli wolą Jupilera. Browary produkujące oba te piwa (Artois Leuven i Piedboef) należą do grupy Interbrew (InBev). Świetne pilsy powstają też w koncernach Alken-Maes i Haacht, poza tym aż 50 gatunków belgijskiego jasnego pełnego to dzieło minibrowarów.
PIWA TRAPISTÓW I PIWA ZAKONNE
Trapistom, a właściwie mnichom Zakonu Cystersów Ściślejszej Obserwacji, nie trzeba było niczego nakazywać ani zakazywać. Oni i tak w swoich klasztorach produkowali piwa mocne. Na świecie jest 7 opactw, które na mocy decyzji trybunału w Gandawie mają przywilej warzenia piw "peres trappistes". Sześć z nich znajduje się właśnie w Belgii. Są to: Bieres de Chimay, Brasserie d'Orval, Brasserie de Rochefort, Brouwerij Westmalle, Brouwerij Westvleteren oraz Brouwerij de Achelse Kluis.
Piwa trapistów powstają obowiązkowo w obrębie murów klasztornych według mnisich receptur. Zyski z ich sprzedaży są przeznaczane na podstawowe potrzeby zakonników oraz na renowację ich siedzib, a pozostała część na cele społeczne i dobroczynne. Wszystkie belgijskie piwa trapistów to tzw. ales, piwa górnej fermentacji, zawsze butelkowane (niektóre ponownie fermentują w butelkach - jak szampan). Napisy: Dubbel (dwójniak, 5-8 proc.), Tripel (trójniak, ponad 9 proc.), Quadrupel (czwórniak, nawet ok. 13 proc.) na etykiecie wskazują na moc piwa.
Piw trapistów nie należy mylić z klasztornymi, które nie muszą być wytwarzane w opactwach. Powstają najczęściej w browarach, które wykupiły klasztorne licencje i receptury (bywa, że ów klasztor już nie istnieje), nierzadko opactwo użycza piwu nazwy, nie ma jednak wpływu na produkcję i sprzedaż. Najsłynniejsze jest z pewnością Leffe (koncern InBev), warto polecić też Grimbergen, Tripel Karmeliet, Maredsous, Watou, Saint-Feuillien, Floreffe i Val-Dieu.
PIWA "SPONTANICZNE"
Fermentacja spontaniczna to dość ciekawy miejscowy wynalazek. Odkryte kadzie z gorącą brzeczką piwną powoli stygną przy otwartych oknach fermentowni. Na powierzchni brzeczki osadzają się tzw. rodzime drożdże (odmiana występująca wyłącznie w okolicach Brukseli - szczepy Brettanomyces bruxellensis i Brettanomyces lambicus) i inne mikroorganizmy, powodując, że gdy wszystko ostygnie, zaczyna fermentować samo, bez szczepienia dodatkowymi drożdżami. Fermentacja spontaniczna trwa od paru miesięcy do roku.
Tak powstają świetne piwa nazywane w Belgii lambic. Orzeźwiające, kwaskowate, często musujące. Lambiców jest wiele, ale największy rarytas pochodzi z doliny rzeki Senne. Nie bywa butelkowany, można go wypić tylko w miejscu produkcji i kilku cafés w stolicy.
Lambikiem jest też ulubione przez kobiety Geuze (lub Gueuze). To tzw. brukselski szampan, piwo butelkowane, kiedy jest młodziutkie i nie do końca sfermentowane. Druga fermentacja odbywa się w butelce. W prawie identyczny sposób powstaje owocowy Kriek. Różnica jest tylko taka, że do młodego lambica przed wlanem do butelki dodaje się owoce (w przypadku Krieka są to wiśnie) lub koncentrat owocowy. Są też piwa malinowe (Framboise lub Frambozen), brzoskwiniowe (Peche), z czarnej porzeczki (Cassis) i wiele innych.
Ulubionym lambikiem mieszkańców Brukseli jest czerwone, słodko-korzenne Faro. Powstaje jak "szampańskie" Geuze, z tym że przed drugą fermentacją jest dosładzane cukrem kandyzowanym i przyprawiane pieprzem, skórką pomarańczową i kolendrą. Warto też spróbować Drie Fonteinen, Hansens, Lindemans i Timmermans et De Troch.
I PRAWIE CAŁA RESZTA
Piwa "blonde", wbrew nazwie, nie są przeznaczone dla blondynek, chyba że tych z mocną głową. Mają sporo - około 8 proc. - alkoholu. W tej grupie znawcy polecają Duvela, Delirium Tremens (!), Ciney Blonde i Brigand.
Piwa amber, inaczej zwane belgijskimi ales powstały na początku XX w., kiedy piwowarzy zaczęli dopasowywać smak brytyjskich pale ales do belgijskiego podniebienia. Ambery są - jak nazwa wskazuje - bursztynowe w kolorze i mają karmelowy smak. Absolutnym hitem rynkowym jest Palm serwowany w okrągłych szklankach na niskiej nóżce, tzw. bollekes. Inne, mniej znane, ale równie dobre piwa tej kategorii, to Dikke Mathile, Twels Pilsner Speciaal i Vieux Temps.
Piwa ciemne są mocne, brunatne, intensywnie chmielone. Polecamy XX Bitter z browaru De Ranke's i Hommelbier z browaru Popering. Niektórzy zaliczają do tej kategorii także piwo trapistów z klasztoru Orval.
Piwa szampańskie (Biere de Champagne lub Biere Brut) zostały wymyślone dość niedawno. Przez dłuższy czas dojrzewają w beczkach, potem butelkuje się je i leżakuje według metody szampańskiej. Przykładem może Malheur Biere Brut i DeuS.
Piwa typu Oud Bruin to lambiki flamandzkie o intrygującej miedzianej barwie. Do najlepszych należą Goudenband i Monk's Flemish Sour Red Ale. Oud Bruin warzy się też poza Flandrią, m.in. w Holandii.
W smaku piw czerwonych dominuje suszony chmiel. Produkuje je browar Rodenbach, szczepiąc brzeczkę piwną mieszaniną drożdży i bakterii kwasu mlekowego (identycznych jak jogurtowe). Czerwone piwa dojrzewają w dębowych beczkach, mają ok. 5 proc. alkoholu i głęboką, czerwonobrązową barwę. Są orzeźwiające, kwaskowate, o intensywnie owocowym smaku.
Niefiltrowane białe piwa pszeniczne typu Witbier (Blanche) tym różnią się od innych, np. niemieckich weizenów, że przyprawia się je kolendrą lub skórką pomarańczową. Klasyczne przykłady to La Binchoise Blanche, Hoegaarden, Brugse Witte und Steendonk.
Piwa sezonowe są lekkie, krótko leżakowane, jasne w kolorze. Mają delikatny posmak karmelu i zawierają nie więcej niż 5 proc. alkoholu. Produkuje się je w Walonii w okolicy miasta Tournai.
Ekstramocny, ciemny Quadrupel - powiedzmy Bush ambrée, Rochefort 10, Westmalle 12 - jest dla supermenów. Zgodnie z nazwą.
To musisz wiedzieć
Większość "specjalnych" piw belgijskich jest rozlewana u producenta, ale przez 1-3 lata dojrzewa jeszcze w butelce. Jeśli kupujesz piwo z zamiarem starzenia, musisz zapewnić mu stałą temperaturę 4-10 stopni.
Butelki piw belgijskich są najczęściej brązowe lub zielone, co pozwala uniknąć negatywnego wpływu światła.
Piwo zamykane jest korkiem lub kapslem, czasami i jednym, i drugim.
Belgijskie piwa sprzedaje się w butelkach o pojemności: 250 ml, 330 ml, 375 ml (m.in. słynny lambic), 750 ml oraz wielokrotności 750 ml. Te ostatnie (magnum, jeroboam etc.) rzadko pojawiają się w "normalnych" sklepach.
Generalnie każdy gatunek piwa ma własne szkło. Szklanki różnią się kształtem, pojemnością i, oczywiście, firmowym nadrukiem. W szanującym się barze nikt nie poda ci zamówionego piwa w szklance z logo innej firmy.
Gdy zamawiasz "demi" (połówkę), dostajesz albo szklankę o poj. 500 ml nalaną "z kija", albo dwie butelki po 250 ml. To miara belgijska, bo np. już we Francji "demi" oznacza jedną szklankę o poj. 250 ml.
To nie ma być wyczerpujący podręcznik do belgijskiego piwa (ale patrz dalej czytać o sugestie), a wprowadzenie, aby po raz pierwszy gościem w Belgii rozpoczął się najbardziej na świecie wspaniałej kultury piwnej. Beermad nie rości żadnych wielką wiedzę na ten temat, po prostu miłość, Belgii i jego piwa i chęć wprowadzenia innych do przyjemności tego wspaniałego kraju.
Odnośnie języka
Belgia ma trzy oficjalne języki, flamandzki (prawie, ale nie całkiem, identyczny jak niderlandzki) używany przez 70% ludności, po francusku mówi ok 25% ludności, a po niemiecku ok 5%. Belgowie wydają się być bardzo szowinistyczny odnośnie swojego języka. Używanie go w nie właściwy sposób często odbierane jest jako bardzo obraźliwe. Na szczęście językowy podział jest, z wyjątkiem stolicy, dość wyraźnie określony; we Flandrii
(na północy) dominuje
flamandzki, francuski w Wallonii (na południu) i niemiecki w pobliżu granicy z Niemcami. Bruksela jest oficjalnie dwujęzycznym miastem, ale mimo że otacza ją Flamandia i jest geograficznie flamandzka, większość jej mieszkańców (około 80%) mówi po francusku.
Flamandowie (tak jak ich holenderscy kuzyni) wydają się być mistrzami lingwistyki. Bardzo wysoki procent z nich mówi po angielsku, a wielu z nich mówi dodatkowo po francusku lub niemiecku. Walonowie natomiast często są jednojęzyczni.
Tak jak nigdzie indziej w Europie wysiłek starań mówienia regionalnym językiem jest zawsze mile widziany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























.jpg)
.jpg)
.jpg)

.png)





.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)

.jpeg)
.jpeg)

.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)