Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azja. Pokaż wszystkie posty

8/31/2014

Jak się je: PAŁECZKAMI?

Coraz większą popularnością w Polsce cieszy się sushi. Ta potrawa o charakterystycznym orientalnym smaku, składająca się z ryżu i surowej ryby pochodzi z Japonii. Sushi oryginalnie je się pałeczkami lub rękami. W obu tych przypadkach należy jednak pamiętać o prawidłowym sposobie maczania kawałków sushi w sosie sojowym, który podawany jest do tej potrawy. Porcję maczamy tylko od strony ryby, uchroni to sklejony ryż przed rozsypaniem się. Dla osób, którzy jedzą sushi rękami podawany jest zwinięty, wilgotny ręczniczek do wycierania dłoni. Powinno unikać się jedzenia sushi nożem i widelcem, a już na pewno krojenia kawałków sushi.

Sztuka jedzenia pałeczkami oprócz zręczności i wprawy, wymaga podobnie jak jedzenie sztućcami, opanowania kilku podstawowych zasad. Ważny jest nie tylko sposób trzymania pałeczek, ale również to, w jaki sposób odkładamy je po skończonym posiłku i w którym kierunku trzymamy ich końce.

Niewłaściwy sposób posługiwania się pałeczkami może nawet obrazić naszych współbiesiadników. Należy pamiętać, że oba końce pałeczek spełniają odrębne funkcje. Wąskimi końcówkami nabiera się jedzenie ze swojego talerza lub miski, natomiast szersze służą do wybierania pożywienia ze wspólnego półmiska.



Jak chwytać pałeczki?
Dolną pałeczkę kładzie się na serdecznym palcu, opierając ją na przerwie między kciukiem i palcem wskazującym. Górną pałeczkę natomiast trzyma się jak długopis przy pisaniu – między środkowym i wskazującym palcem, przytrzymując kciukiem. Ważne, aby końce pałeczek leżały równo. Przy podnoszeniu jedzenia dolna pałeczka pozostaje bez ruchu, a górna porusza się wraz z kciukiem. Pałeczki chwytamy na wysokości 1/3, licząc od szerszego końca.

Kiedy przerywamy lub kończymy jedzenie, pałeczki powinniśmy odłożyć na specjalną podpórkę lub na brzeg talerza. W żadnym wypadku nie wolno nam pozostawiać ich w jedzeniu. Zabroniona jest także gestykulacja z pałeczkami w ręku. Wymachiwanie pałeczkami w kierunku współbiesiadników, a zwłaszcza wskazywanie w ich kierunku cienkimi końcami jest gestem obraźliwym. Powinno unikać się również stawiania pałeczek pionowo.


PODSUMOWANIE: czego nie należy robić jedząc pałeczkami


aguri-bashi: "gmeranie" w zupie,  żeby wyszukać kolejny kąsek
mayoi-bashi: "błądzenie" pałeczkami nad potrawami podczas podejmowania decyzji, co się zje w następnej kolejności
sashi-bashi: nadziewanie jedzenia na pałeczki
neburi-bashi: oblizywanie pałeczek
yose-bashi: przesuwanie naczyń za pomocą pałeczek
hotoke-bashi: wbijanie pałeczek w ryż (tak wyglądają ofiary składane zmarłym!)
kaki-bashi: "wymiatanie" jedzenia pałeczkami do ust z miseczki
nigiri-bashi: trzymanie pałeczek jak noża gotowego do zadania ciosu
hashi-watashi: przekazywanie jedzenia z pałeczek do pałeczek (w ten sposób przenosi się kości zmarłych ze stosu pogrzebowego do urny!)
namida-bashi: otrząsanie trzymanego pałeczkami kąska z sosu lub zupy

Koniecznie zobaczcie też ten filmik:


8/07/2014

Ryż curry

Żółty ryż curry. Idealny dodatek do dań kuchni azjatyckiej. Doskonale komponuje się zarówno z warzywami jak i z mięsem.

Składniki:

200 g sypkiego ryżu
łyżka curry
szczypta kurkumy
sól, pieprz
2 łyżki oliwy z oliwek


Ryż gotujemy około 15 minut w osolonej wodzie. Odcedzamy i wrzucamy na rozgrzaną patelnię lub do rondelka. Dodajemy curry, kurkumę, sól, pieprz i oliwę i podgrzewamy minutę, energicznie mieszając.

*dla zaostrzenia smaku wkroiłam kawałek papryczki chilli

3/11/2014

Szczypta orientu: KURCZAK CURRY Z PIECZARKAMI

Składniki (2 porcje):

2 piersi z kurczaka
5 dużych pieczarek
1 cebula 
1 pomidor 
1-3 zielone chilli 
3 ząbki czosnku 
2 cm imbiru
0,5 łyżeczki kurkumy 
szczypta chili w proszku
2 łyżeczki kolendry w proszku 
1 łyżeczka kminku 
1 łyżeczka papryki słodkiej
½ łyżeczki pieprzu czarnego 
2 łyżki mleka kokosowego
0,5 szklanki oleju


Z cebuli, imbiru, zielonego chilli i czosnku tworzymy w blenderze pastę. Na patelni rozgrzewamy olej. Dodajemy kminek, a następnie cebulę. Gotujemy na średnim ogniu, aż cebula się zrumieni. Posypujemy solą oraz kurkumą i dobrze mieszamy.

Po 2 minutach dodajemy resztę przypraw - czerwone chili w proszku, kolendrę, paprykę i pieprz czarny. Dobrze mieszamy i gotujemy wszystkie składniki razem przez minutę. Teraz dodajemy kurczaka pokrojonego w kostkę o boku 1 cm i smażymy, aż nie będzie surowy. Dodajemy pieczarki, umyte i pokrojone w plasterki kapelusze i dobrze całość mieszamy. Gotujemy przez 3-4 minuty na średnim ogniu.

Następnie dodajemy mleko kokosowe i obrane ze skóry przetarte na tarce pomidory. Całość doprowadzamy do wrzenia . Gotujemy, aż sos zgęstnieje. Podajemy bardzo gorące, najlepiej ze świeżo ugotowanym ryżem. Jeśli mamy taką możliwość, dekorujemy świeżą kolendrą.

2/14/2014

Łosoś teryaki

Składniki (4 porcje):

1 kg świeżych filetów z łososia

marynata:

0,5 szklanki sosu teriyaki 
2 łyżeczki oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku mielonego 
2 łyżki drobno posiekanej cebuli
szczypta czarnego pieprzu
1 łyżeczka brązowego cukru

do podania:

gotowany ryż i dowolne gotowane warzywa 


W torbie z klipsem łączymy sos teriyaki , olej, czosnek, cebulę i pieprz. Dodajemy filety z łososia, układając je w jednej warstwie. Usuwamy nadmiar powietrza z worka i zamykamy, upewniając się, że ryba z obu stron pokryta jest marynatą.

Tak zamarynowanego łososia wkładamy do lodówki na kilka godzin. Po wyjęciu z lodówki, wyjmujemy rybę z worka i kładziemy w żaroodpornym naczyniu, skórą w dół. Wlewamy 1/3 szklanki pozostałej marynaty i każdy filet posypujemy odrobiną brązowego cukru.

Wkładamy do nagrzanego do temperatury 180 C piekarnika i pieczemy przez 20 minut. Nie przedłużajcie zbytnio czasu pieczenia bo łosoś będzie za suchy.

Podajemy od razu, z ryżem i warzywami.

10/24/2013

Przewodnik warszawski: WHY THAI

Kolejną nominowaną restauracją do tytułu knajpa roku 2013 jest WHY THAI.


Choć to restauracja azjatycka, nie ma etnicznego wystroju. Są tu za to świetne tapicerowane krzesełka w stylu lat 60. i modny social table.




Why Thai należy do drugiej fali azjatyckiej gastronomii w Warszawie, co wyraża się w dwóch aspektach. Po pierwsze, na szklanych drzwiach wejściowych znajduje się znak z przekreślonymi literami MSG, co oznacza: nie używamy glutaminianu sodu, który w wielu tajskich, wietnamskich czy chińskich knajpach jest przyprawą obowiązkową, tyle że słabo tolerowaną przez europejskie żołądki. Po drugie, wnętrze całkowicie pozbawiono aspektów etnicznych. Wygląda po europejsku, ze świetnymi tapicerowanymi krzesełkami w stylu lat 60. i modnym social table. Nowoczesna stalowa kuchnia jest przeszklona, ze sprawną wentylacją, a karta - wykwintnie skromna.


W kuchni rządzą prawdziwi tajscy kucharze i przygotowują rzeczy niebywałe, jak banalne chipsy krewetkowe (12 zł), które zamieniają się w niebiańskie opłatki wypełnione domowym sosem orzechowym, kruche jak chałwa kawałki grillowanych kalmarów z sosem ze świeżego mango (18 zł), smażone sajgonki w wersjach wegetariańskiej (15 zł), drobiowej (17 zł) lub krewetkowej (19 zł), lekkie jak puch sajgonki w niesmażonym papierze ryżowym (14-18 zł). A może skusicie się na satay, czyli szaszłyszki z grilla w marynacie orzechowej ułożone z mięsa kurczaka (16 zł) lub wołowiny (19 zł)?


Gwiazdą jest nieśmiertelny pad thai, czyli smażony w woku ryżowy makaron z warzywami, tofu i kurczakiem (37 zł) lub krewetkami (39 zł).  Bezapelacyjnie musicie spróbować też grillowanej i pokrojonej w plastry polędwicy wołowej (49 zł). Smak wzniosły, konsystencja pasztetu z foie gras, soczystość granatu. Również pozornie banalny kurczak z woka z orzechami nerkowca (36 zł) prowadzi prostą drogą do małego orgazmu i utraty przytomności.

INFO:
Why Thai
 ul. Wiejska 13
godziny otwarcia: 
Pon - Czw.: 12:00 - 23:00
Pt. - Sob.: 12:00 - 00:00
Niedz.: 12:00 - 23:00

zdjęcia: własność restauracji
tekst: www.warszawa.gazeta.pl

8/26/2013

Smaki świata - top 10 - kierunki kulinarnych podrozy

Podróże kulinarne to alternatywa dla kursów gotowania, na jakie można wybrać się w swoim mieście. Gdziekolwiek by się nie pojechało, podróży nie trzeba ograniczać do odwiedzania restauracji. Istotną częścią turystyki kulinarnej jest nauka gotowania, które jest zarówno dobrym sposobem na spędzenie czasu z przyjaciółmi czy rodziną, jak i szansą na poszerzenie swojego obiadowego repertuaru.

Co prawda w Polsce nie brakuje festiwali kulinarnych, ale i tak najbardziej pożądana jest kuchnia, której nie dane było wcześniej poznać. Stąd w turystyce kulinarnej najpopularniejszymi kierunkami są kraje Azji czy Ameryki Południowej. Po Europie podróżują głównie miłośnicy wina . Dokąd powinni się wybrać ci, którym nie wystarcza ekoturystyka? Oto kilka propozycji przewodnika Get Yor Guide.

San Miguel, Meksyk

By skosztować prawdziwych regionalnych specjałów warto opuścić luksusowy hotel i wybrać się na wycieczkę kulinarną do San Miguel położonego na wyspie Cozumel. To najlepsza okazja do wypróbowania posiłku rybnego ceviche, przygotowywanego z tortillą dania enchilada, świeżego kokosa, pikantnych zup czy regionalnych słodyczy.

Cevivhe

Vancouver, Kanada

W tym kanadyjskim mieście jako warte uwagi polecane są nie tylko restauracje, ale także dania od ulicznych sprzedawców. Oferują oni m.in. japadogi, czyli hot dogi z japońskimi specjałami, kebab z chlebem naan, kanapki z wędzonym łososiem czy kulki ryżowe.

Japadogi
Goa, Indie

Tu kuchnia łączy wpływy indyjskie z portugalskimi. Ciekawą propozycją dla turystów jest hotel Siolim House, w którym prowadzone są trzydniowe warsztaty kulinarne. Ich uczestnicy poznają tajniki hinduskiej kuchni wegetariańskiej, a także uczą się, jak przygotować deser ryżowy czy curry ze świeżych ryb.

Ryba curry

Seul, Korea Południowa

Warte uwagi są też restauracje, sklepy spożywcze oraz uliczni sprzedawcy w południowokoreańskiej stolicy. Podczas wizyty w Seulu należy wypróbować dwóch dań: grillowanych bulgogów przygotowywanych z mięsa wołowego w sosie sojowym oraz kimchi przyrządzanego z kiszonych warzyw.


Bilbao, Hiszpania

W tej części Hiszpanii odpowiedzią na sławne tapas są pintxos. Szczególnie popularne są one w San Sebastián, gdzie bary i tawerny przyciągają prawdziwe masy turystów. Bagietka i wielobarwne składniki przekute są wykałaczką. Zwykle po degustacji w jednym barze przechodzi się do kolejnego. Wędrówki od baru do baru określane są mianem ruta de pintxos.
Pintxos
Marrakesz, Maroko

Tu autentyczności zaznać można szczególnie w tradycyjnym marokańskim domu. Jest to najlepsze miejsce, by dowiedzieć się, jak przygotować regionalne dania. Do nich należą m.in. tagine z jagnięciny, tanjia, czyli cielęcina po marokańsku, a także zupa harira. Na miejscu skosztować można także szafranu z Taliouine, mięty i oliwek z Meknes i cytryn z Fez.

Harira

Włochy

Słoneczną Italię zwiedzać można nie tylko pod kątem zabytków. Na rynku we Florencji warto skosztować m.in. serów mozzarella czy ricotta. W Amalfi można skusić się na oliwki, z kolei w Parmie - na szynkę parmeńską oraz ser parmezan. Lista posiłków, których nie należy pomijać, jest oczywiście dłuższa. Śmiało umieścić można na niej porchettę oraz dania kuchni sycylijskiej, czyli np. caponatę i cassatę.

Potchetta

Bangkok, Tajlandia

Tu, podobnie jak w wielu innych miastach, można zdać się na ulicznych sprzedawców. Na główne danie nadaje się kaczka z ryżem. Najeść można się też sałatką z papai, chrupiącym sumem czy curry z wołowiną. 

Wołowina curry
Stambuł, Turcja

Tu proponowany jest obiad z członkami lokalnej społeczności. Ten zaczyna się od zupy. W ramach drugiego dania podawany jest cacik, czyli chłodnik z ogórkami i jogurtem naturalnym. Później, paląc nargile i popijając herbatę, warto wsłuchać się w opowieści o kulturze i historii Turcji.

Cacik
Copacabana w Rio de Janeiro, Brazylia

Gdy nabierze się apetytu, spróbować trzeba co najmniej kilku rzeczy: koktajlu alkoholowego caipirinha z cukrem trzcinowym i limonką, przygotowywanego z owoców morza dania moqueca oraz gulaszu feijoada z czarnej fasoli. Alternatywą dla frytek jest tutaj z kolei aipim frito - smażone kawałki korzenia manioku.

Korzen manioku
Tekst: www.luxlux.pl
zdjęcia: internet



8/18/2013

Singapur – kulinarny raj

Budzi skrajne emocje. Jedni się nim zachwycają, inni nie są w stanie w nim wytrzymać. Singapur, bo o nim moda, fascynuje i przyciąga. Jest jednym z najszybciej rozwijających się państw na świecie. Słynie z czystości, a ostatnio wsławił się oryginalnym i rekordowym osiągnięciem architektury - hotelem Sands Skypark za 6 mld dolarów z dachem w kształcie statku i 150-metrowym basenem na 55 piętrze (najwyżej na świecie położony basen tej wielkości).


Imponujący wzrost gospodarczy, cuda nowoczesnej architektury, ekskluzywne hotele i butiki, idealnie czyste ulice i spokój, a z drugiej strony najwyższa liczba wyroków śmierci w przeliczeniu na ilość mieszkańców, brak poszanowania dla wolności słowa, kontrola mediów i system kar, który przyprawia o gęsią skórkę. Singapur to sprzeczności, które czynią z tego kraju ciekawy cel podróży.


Jest jeszcze jeden ważny element, który skutecznie przyciąga do Singapuru – jedzenie. Zwłaszcza „fast food”, który nie ma nic wspólnego z tym, co kryje się pod tą nazwą na Zachodzie. Kolekcjonerzy doznań kulinarnych, będąc w Singapurze powinni koniecznie odwiedzić „hawker centres”. W jednym miejscu, pod dachem zgromadzono mnóstwo stoisk ze świeżo przygotowywanym jedzeniem. Wybór jest ogromny, a zamiłowanie do jedzenia autentyczne.


Popularny amerykański szef kuchni Anthony Bourdain o Singapurze powiedział w swoim programie, że dla osoby kochającej jedzenie, jest to być może najlepsze miejsce na ziemi.

5/18/2013

Sczypta orientu: TAJSKA ZUPA CYTRYNOWA Z KREWETKAMI I

Tajska zupa to typowo męskie danie. Pracy przy niej niewiele, a na bazie przepisu podstawowego można samemu stworzyć jej autorską wersję. Najlepsze w niej jest zaś to, że efekt właściwie zawsze jest rewelacyjny. Goście zachwyceni, w siódmym niebie, a Wy zbierzecie pochwały. Do tego w chłodne dni ta pikantna zupa doskonale potrafi rozgrzać.

Składniki (na 4 porcje):

300 g surowych krewetek
300 g pieczarek
250 g groszku cukrowego
2 łyżki  czerwonej pasty curry
25 g suszonych grzybów shitake
2 gałązki trawy cytrynowej
4-5 łyżek sosu rybnego
pęczek kolendry
olej
1 puszka mleka kokosowego
200 g makaronu ryżowego


Krewetki obieramy, zachowując główki i pancerzyki. Pancerzyki przekładamy do dużego rondla i zalejwamy1,5 l wody. Rondel stawiamy na ogniu i podgrzewamy do zagotowania (pancerzyki z szarych zrobią się różowe), następnie odstawiamy na 15 minut.

Namaczamy w wodzie grzyby shitake. Pieczarki kroimy w ćwiartki. Przecedzamy wywar z pancerzyków i odstawiamy.

Dodajemy pieczarki i grzyby shitake - razem z wodą, w której się moczyły, groszek cukrowy i trawę cytrynową. Wlewamy wywar krewetkowy i gotujemy na małym około 5 minut. Do woka - lub dużego rondla - wlewamy około 2-3 łyżek oleju i dodaj pastę curry. Przesmażamy, mieszając, do momentu aż pasta zacznie mocno pachnieć. Wlewamy mleko kokosowe i dodajemy sos rybny do smaku.

Wsypujemy posiekaną kolendrę i gotujemy jeszcze około 5-8 minut. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Do miseczek nakładamy makaron i zalewamy gorącą zupą.

RADA: Trawę cytrynową można zastąpić startą skórką cytryny lub - to lepsze rozwiązanie - limonki.

5/10/2013

Chlebuszek lepszy od kawioru - opowieść o rosyjskiej kuchni


Jako podarki lubię przywozić do Polski czerwony (z łososia) kawior i "stopariki", czyli 100-gramowe zamknięte metalową pokrywką szklaneczki z czystą wódką. Stawiam przed człowiekiem puszkę, a obok setuchnę i tłumaczę, że na Wschodzie to tradycyjny ludowy zestaw śniadaniowy, od którego tam zaczyna się dzień. Żart, oczywiście, ale niektórzy wierzą.

A serio, to w Rosji nie ma dnia i nie ma jedzenia bez chleba. Nie, nie chleba, ale pieszczotliwie - "chlebuszka". Bo Rosjanie się w nim kochają. Tradycja każe przegryzać nim wszystko - choćby ryż, makaron, ziemniaki. We włoskich eleganckich restauracjach potrafią zażądać chleba do spaghetti czy pizzy. Cokolwiek byś zamawiał w knajpie, kelner obowiązkowo zapyta, ile chcesz kromek do każdego dania. A w prostych "pielmiennych", czyli niestety nielicznych już zachowanych po ZSRR barach, gdzie serwują przede wszystkim pierogi, w ogóle nie pytają, tylko na talerz obok dymiącego dania kładą "chlebuszek".

Rosjan wciąż do łez bawi oglądana już przez wszystkich setki razy scena z nakręconego 42 lata temu kultowego filmu "Białe słońce pustyni", w której bohater z obrzydzeniem odwraca się od podsuwanej mu miski z czarnym kawiorem i marzycielsko wzdycha: "Tak by chlebuszka pojeść".

Starsi Rosjanie bardzo chleb szanują. Wielu z nich z zachwytem przypomina sobie moment, kiedy pierwszy raz w życiu udało im się wziąć do ust kęs białego chleba. Pamiętają ten smak, tę chwilę szczęścia, która nastała gdzieś pod koniec rządów Nikity Chruszczowa, czyli w pierwszej połowie lat 60. Wcześniej w ZSRR chleba zawsze brakowało. I przez lata był tylko na kartki. Kiedy w 1935 r. Stalin wygłosił słynną frazę: "Żyje się lepiej, towarzysze, żyje się weselej", powodem do radości było właśnie oczekiwane od dekady pojawienie się chleba w wolnej sprzedaży.

10 lat temu cały kraj pomagał dotkniętemu wielką powodzią Leńskowi nad syberyjską Leną. I dosłownie zarzucił to niewielkie miasto chlebem. Chleba było mnóstwo, znacznie więcej, niż ludzie mogli zjeść. Starsze kobiety zabrały się więc do produkcji sucharów. Pokrojony na kromki chleb suszyły wszędzie: w piekarnikach, na parapetach, na balkonach, wystawionych na majowe słońce stołach. Na czarną godzinę, bo może zabraknąć.

Ta miłość do "chlebuszka" sprawia, że pieczywo w Rosji jeszcze nie uległo globalizacji. Nie stało się watą bez smaku, jak w Europie Zachodniej. Tu wciąż znajdziesz w sklepach "chlebuszek" ciężki, wonny, smaczny - "dargiński" czy "borodiński" z kminkiem. Nie zapychacz żołądka, tylko prawdziwe jedzenie, które i bez omasty sprawia przyjemność.



Jak trwoga, to na działki

"Chlebuszek" ma w Rosji jeszcze siostrę. Też kochaną i też nazywaną pieszczotliwie - "kartoszkę", czyli ziemniak. Ją tutaj przyrządzają na setki sposobów. Choćby po prostu gotowaną. A ona, kiedy podlać ją olejem słonecznikowym - koniecznie ciemnobrunatnym, bo nie filtrowanym, pachnącym świeżo rozgniecionym ziarnem, jest delikatesem. Chętnie mieszają ją z solonymi grzybami i cebulą. Chętnie smażą z kawałkami przerośniętej warstewkami mięsa słoniną. Takie danie z kiszoną domową kapustą, jeśli wyszło spod ręki doświadczonej gospodyni, to przysmak. Problem tylko, że jego pojawienie się na stole, wywołuje skojarzenia jednoznaczne. Koniecznie więc ktoś z biesiadników zaproponuje: - "Awansujmy tę prostą strawę do rangi zakąski".

"Kartoszka", jak i "chlebuszek" są bardzo szanowane. Ona i tylko ona ratowała w trudnych czasach. Dziś czasy nietrudne, a dzięki koniunkturze na gaz, ropę i inne skarby, którymi Rosja bogata - syte. Ale jeśli pojawi się jakieś, choćby tylko iluzoryczne, zagrożenie dobrobytu, "kartoszka" staje się bohaterem dnia. W 2008 r., kiedy po świecie zaczęło krążyć widmo kryzysu, a gospodarka Rosji pikowała, obroty jednej tylko branży rosły lawinowo - znakomicie sprzedawało się wszystko, co potrzebne do uprawy ogródka. Pytałem wtedy wyglądających na zamożnych klientów dużego moskiewskiego supermarketu Sadownik (Ogrodnik), po co im te wszystkie motyczki, szpadle. Odpowiadali, że pewnie na ich podmoskiewskich daczach przyjdzie się pożegnać z rabatami kwiatków, trawnikami i trzeba będziehodować właśnie "kartoszkę".

Kryzys okazał się nie taki straszny, trawniki ocalały. Ale sprzęt do pielenia radlin ziemniaczanych na wszelki wypadek, jak pociąg pancerny w przysłowiu rosyjskim, "czeka pod parą na bocznicy".
 Jest w Moskwie osobliwa restauracja Oprycznik. Nazwa niezbyt przyjemna, bo przywołuje okrutnych pretorian krwawego Iwana Groźnego, którzy nie mrugnąwszy okiem, likwidowali wrogów monarchy. Całkiem niedaleko stąd swój roboczy warsztat miał w XVI w. Maluta Skuratow, oberoprycznik i główny carski oprawca. Restauracyjna toaleta ma przypominać sławnego okrutnika i została urządzona w stylu dawnej izby tortur. Rozstawiono tu groźnie wyglądające urządzenia do zadawania bólu, kaleczenia, łamania kości. Nastrój dopełniają ściany pomalowane na kolor krwistoczerwony.

No, ale o tym lepiej nie przy jedzeniu.

Oprycznik to w zamyśle jego założycieli, grupy rosyjskich patriotów, żeby nie powiedzieć nacjonalistów, restauracja-przesłanie. Ona ma gościom przypominać, jaka była Rosja, zanim car Piotr I wpuścił do niej jadowite wiatry z Europy. Tu podają tylko to, co jedli jeszcze niezarażeni Zachodem bojarzy w XVI-XVII stuleciu.

Wtedy w tym kraju, gdzie lato krótkie, a zima długa, głównym problemem było jak zakonserwować jedzenie, by dotrwało do kolejnych zbiorów. A konserwowała przede wszystkim sól. Przez to w Rosji ważnym składnikiem jadłospisu są "solenja", czyli solone ogórki, grzyby, czosnek, czosnek niedźwiedzi, kapusta kiszona, tu zwana "soloną". Rosjanie osiągnęli też mistrzostwo w soleniu ryb. Nie śledzi, które bardzo lubią. Tego akurat nauczyli się od Żydów. Znakomicie robią tu solone "czerwone" ryby, przede wszystkim łososie. A są jeszcze rzeczy "moczone", czyli zakonserwowane w roztworze soli, octu i miodu. "Moczone", zachowujące kolor i jędrność, są tu na przykład jabłka czy czosnek.

Oprycznik szczyci się jeszcze uchą, czyli zupą rybną przyrządzoną według starych recept. Uch w Rosji jest tyle, ile barszczy na Ukrainie. Każdy kucharz ma swój tajny sposób na to, jak gotować ryby różnych gatunków, kiedy dodać do nich kaszę jaglaną czy perłową, kiedy w kotle z bulionem gasić - dla lepszego smaku - głownię z ogniska...

Ale tylko w "przedeuropejskim" Opryczniku zjeść można, jeśli się wcześniej zamówi, uchę "patriarszą". Dla niej gotują bulion z kogutka, potem w nim białą rzeczną rybę, później - rybę czerwoną, a na końcu w gęstym drobiowo-rybnym rosole - kawałek jesiotra. Danie drogie, pracochłonne, ale niezwykłe i pyszne.


Z Puszkinem do Jaru

Wielkim pisarzom, którzy smacznie pisali o jedzeniu, Aleksandrowi Puszkinowi czy Lwu Tołstojowi, bardziej jednak podobała się kuchnia "zepsuta" wpływami europejskimi. Ich nie przyciągały ryby czy mięsa duszone w "czugunkach" (żeliwnych sagankach) w "ruskiej pieczce", czyli tradycyjnym wielkim piecu. Im raczej podchodził filet z przedniej wołowiny na oliwie z oliwek pierwszego tłoczenia podlany francuskim winem. A takie frykasy serwował choćby sławny moskiewski Jar.

To o tej restauracji Bułat Okudżawa w jednej ze swoich najbardziej znanych piosenek śpiewał, że tak chciałby z Aleksandrem Siergiejewiczem wpaść tu na "kolację choćby na pół godziny". Przeznaczony dla najlepszego moskiewskiego towarzystwa Jar, którego historia zaczęła się w latach 20. XIX w., odrodził się w nowej Rosji. Dziś mieści się w hotelu wciąż noszącym zupełnie nieadekwatną dla tego stylu i szyku nazwę Sowieckaja.

W Jarze można, jeśli finanse pozwolą, popróbować tego, co cieszyło carewiczów, książęta, hrabiego Tołstoja i Puszkina. Ale 30 minut nie wystarczy na czarny kawior z jesiotra, zupę z homarów, przepiórkę faszerowaną wątróbką kaczki. W hotelu Sowieckaja króluje więc ta sama babilońska wyżerka, którą gromił kiedyś rewolucyjny poeta Władimir Majakowski: "Jedz ananasy, jarząbki żuj, Dzień twój ostatni nadchodzi, burżuju!".

Nowi burżuje w Rosji mają gdzie dogodzić swoim podniebieniom. Drogich restauracji francuskich, włoskich, meksykańskich, brazylijskich i wszelkich innych bardzo egzotycznych, gdzie moskwianie nie tylko jedzą, ale i uczą się nowych smaków, nowych potraw, w stolicy nie zliczysz.

Naprzeciw Jaru, po drugiej stronie Prospektu Leningradzkiego, przedsiębiorcy, którym to, co radzieckie, kojarzy się kiepsko, urządzili Szaszłykarnię Antysowiecką. Skończyło się to dzikim skandalem i władze pod naciskiem starych oburzonych komunistów kazały zdjąć z szyldu słowo "antysowiecka". Tu hotel może wciąż być "sowiecki", ale knajpie "antysowiecką" być jeszcze nie wolno.


Kuchnię rosyjską wzbogacały przez lata nie tylko kaprysy starej i bezwstydnie bogatej arystokracji czy nuworyszy ciekawych tego, co się jada we wszelakich zagranicach. Także, jak przystało na kuchnię imperium, kulinarne odkrycia śmiałych pionierów i to, czego uczyła się od podbijanych narodów armia. Tak w Rosji zadomowiły się kaukaskie szaszłyki, azjatycki płow, czyli danie z ryżu i baraniny, dalekowschodnie kraby. Wzbogaciły ją też krainy Dalekiej Północy.

Jest w centrum Moskwy restauracja Ekspedycja założona przez geologa, który tęskni za romantyką dawnych wypraw na Jamał po nowe złoża gazu, wędrówką po jakuckiej tajdze w poszukiwaniu kominów kimberlitu, kryjących diamenty. W ścianach przystrojonych skórami niedźwiedzi, wilków, lisów, soboli serwują tu dania narodów Północy. Różne pardwy, głuszce, jelenie, łosie, łapy niedźwiedzie - smaczne, ale wyglądające makabrycznie, bo zupełnie jak dłoń człowieka.

Przychodzi się tu jednak przede wszystkim, na coś, czego gdzie indziej, poza wybrzeżami polarnych mórz, nie popróbujesz - prawdziwą stroganinę. - Syberyjską rybę, nelmę i moksuna, przywozimy samolotami wojskowymi z Tiksi, portu u ujścia Leny do Morza Łaptiewów. Ją tam łowią w silne mrozy. Najlepiej w "sorokowiki", czyli takie, kiedy temperatura spada poniżej 40 stopniu mrozu - opisuje technologię przygotowania stroganiny kucharz Jurij. Ryba wyciągnięta z wody na taki mróz błyskawicznie przemarza do ości. Potem, póki nie trafi na stół, nie wolno jej trzymać w temperaturze wyższej niż minus 18, bo w mięsie powstaną pęcherzyki powietrza i prawdziwa stroganina z niej nie wyjdzie.

- W kuchni tuż przed podaniem ściągam skórę z ryby i ostrym nożem strugam ją jak patyk. Te strużyny rybiego mięsa to już właśnie gotowa stroganina. Surowe, zamrożone mięso. Żadnych przypraw. Pełen bukiet witamin i substancji odżywczych, które są w dzikiej rybie z czystych północnych rzek. Nic nie przepada - zapewnia kucharz.



Pielmienie i bliny

Związek Radziecki miał też swój fast food, który dziś niestety szybko znika. Trudno już tu znaleźć zwyczajną "rumoczną", czyli "kieliszkową". W takich ciasnych i z reguły niezbyt czystych barach na stojąco można wypić setkę czy dwie "białej" (tak tu nazywają czystą) pod kromkę "chlebuszka borodińskiego", ze śledzikiem czy soloną słoniną. Obskurnie tu, ale jakże swojsko. I na towarzystwo można czasem trafić znakomite. Kiedy mieszkałem przy stołecznym Prospekcie Leninowskim, w rejonie, gdzie jest mnóstwo instytutów naukowych, w "rumocznej" po sąsiedzku spotykałem wybitnych profesorów, którzy opowiadali tak ciekawie o swojej pracy, że i o wódce się zapominało.

Giną też "pielmiennyje", małe garkuchnie, gdzie podają "pielmienie", czyli pierogi. Polakom zdarza się mylić "pielmienie" z "pirożkami". Te pierwsze to właśnie nasze pierogi - koniecznie z mięsem, bo jeśli nadzienie jest bardziej wegetariańskie, takie jak twaróg czy wiśnie, mamy na talerzu "wareniki". A "pirożki" to wbrew temu, co się nam wydaje, drożdżowe bułeczki z nadzieniem mięsnym, owocowym, rybnym itp.

"Pielmiennych" żal, bo tu karmią tanio i choć standardy sanitarne niziutkie, bezpiecznie. Nigdy nie słyszałem, żeby w Rosji ktoś się zatruł pierogami, i wszystkim, którzy tu przyjeżdżają, radzę, by wszędzie zamawiali właśnie to smaczne tradycyjne danie. Trzeba być tylko przygotowanym na to, że do "pielmiennych" albo zaproponują gościowi, albo bez pytania dodadzą - gęstą śmietanę. Tutaj bardzo lubią taką kompozycję.

Mocno trzymają się natomiast "blinnyje", które karmią innym tradycyjnym daniem - blinami. To niby takie nasze naleśniki, ale nie do końca. Przepisów na bliny jest nie mniej niż na barszcz ukraiński. Każda gospodyni ma swój. Jedna robi je z mąki pszennej, inna żytniej, jeszcze inna - gryczanej. I spulchnia albo sodą "zgaszoną" sokiem z cytryny, albo drożdżami, albo zakwasem... Słowem sztuka kulinarna ani łatwa, ani mała.

A jeść to ulubione danie Rosjan można ze śmietaną, konfiturami, czerwoną soloną rybą, czerwonym kawiorem, mięsem - ze wszystkim. "Blinnyje" mają czym skusić gości i pewnie będą trwać.

Powrót tradycji

Domowa kuchnia Rosjan była w ostatnich latach monotonna i uboga. Widać to było choćby na stołach świątecznych z okazji Nowego Roku czy Dnia Kobiet. Zawsze obowiązkowo zdobi je sałatka "oliwie" - coś jak nasza warzywna tylko z mięsem i dosłownie pływająca w majonezie. Do tego pokrojone wędliny, śledź, kotlety mielone. I jeszcze tort ze sklepu i już całe święto. A nierzadko gościom serwuje się tu po prostu przywiezioną na zamówienie pizzę.

Ostatnio jednak Rosjanie zaczęli się interesować i wracać do swych kulinarnych tradycji. Do łask i na stoły świąteczne wracają: "śledź pod szubą", czyli pokryty na półmisku warstwą ziemniaków i gotowanych buraków, a także placki ziemniaczane.

Powrót dawnych, zapomnianych w ZSRR tradycji najlepiej widać w czasie "maślennicy", czyli poprzedzającego Wielki Post tygodnia zapustów. To okres, kiedy Rosja objada się blinami, przy czym każdy dzień ma swój rytuał. Jest dzień, kiedy na bliny idzie się do teściowej; jest taki, kiedy karmi nimi mama; i taki, kiedy się do siebie zaprasza rodziców. Ludzie uczą się tych tradycji, dużo o nich czytają, starają się ich przestrzegać.

Do kuchni w domach rosyjskich niespiesznie wraca dawna Rosja.

tekst: Wacław Radziwinowicz
fotografia: Krzystof Miller


5/09/2013

Jambalaya

Ma hiszpańskie korzenie, ale powstała gdzieś na wyspach karaibskich. W Luizjanie udoskonalili ją Francuzi, ale nazwa pochodzi z języka prowansalskiego. Jest jednym ze sztandarowych dań amerykańskiej Luizjany.

Większość składników tego dania zapewne znajdziecie w lodówce. W najgorszym razie będziecie musieli wyskoczyć do sklepu po krewetki (choć, takie mrożone zawsze warto mieć na wszelki wypadek). Jeśli dość sprawnie posługujecie się nożem, to jambalayę możesz ugotować w niewiele ponad pół godziny.

Przepis na klasyczną kreolska jambalaya z pomidorami. 

Zamiast wędzonej szynki możemy użyć dobrej podwędzanej kiełbasy. Jeśli mamy więcej czasu, możemy jambalayę dusić w rondlu trochę dłużej, a nawet na koniec zapiec w piekarniku.

Gdybyście akurat nie mieli w domu siekanych pomidorów, to nic straconego. Jambalaya bez pomidorów to jambalaya w stylu kuchni cajun. Najpierw mocno podsmażamy mięso, zdejmujemy je, a potem na tej samej patelni dusimy warzywa. Dorzucamy z powrotem mięso, a reszta tak jak w przepisie.

Oczywiście możemy też ugotować osobno ryż i na koniec wymieszać z mięsem i warzywami - będzie szybciej. Nie jest to zgodne z kulinarnymi tradycjami Luizjany, ale ma swoją nazwę - biała jambalaya.


Składniki:
1 łyżka oliwy
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
1 duża zielona papryka
2 łodygi selera naciowego
200 g wędzonej szynki
400 g piersi kurczaka
1 liść laurowy
1 łyżeczka pieprzu cayenne
1 puszka siekanych pomidorów
250 ml przecieru pomidorowego
500 ml bulionu drobiowego
1 szklanka brązowego ryżu
200 g krewetek
sól, pieprz
3 łyżki natki pietruszki
tabasco (opcjonalnie)


Cebulę i czosnek obieramy i drobno siemay, z papryki usuwamy gniazdo nasienne, myjemy i kroimy w kostkę, seler także w kostkę. Na głębokiej patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy cebulę z czosnkiem. Po kilku minutach dodajemy pokrojoną paprykę i seler naciowy.

Smażymy, aż cebula będzie szklista. Kroimy kurczaka i szynkę w kostkę i wrzucamy do cebuli z papryką. Dodajemy liść laurowy i pieprz cayenne. Smażymy, mieszając około 6-7 minut. Dodajemy pomidory, przecier i bulion. Zagotowujemy.

Po zagotowaniu wsypujemy ryż. Zagotowujemy ponownie, zmniejszamy gaz i dusimy na małym ogniu, aż ryż wchłonie prawie cały płyn i będzie miękki - około 25 minut (czas zależy od gatunku ryżu).

Dodajemy krewetki i podgrzewamy jeszcze około 5 minut, mieszając. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem oraz tabasco - jeśli ma być bardzo pikantne. Siekamy pietruszkę i posypujemy przed podaniem.



2/24/2013

Azjatycki kurczak - milion wariacji. Wersja najprostsza

Nie macie pomysłu na obiad? Nie idźcie do budki z chińszczyzną nieopodal Waszego domu. Zróbcie ją sami. Zajmie Wam to trochę ponad 20 min, a nie będziecie musieli wychodzić z domu i będziecie mieć pewność co jecie, jeśli wiecie co mam na myśli...

Moja wersja jest wersją light - bez oleju. I wcale nie psuje to efektu końcowego, wręcz przeciwnie. Danie jest sycące i lekkostrawne, bez zbędnych tłuszczów. Polecam!

Składniki (na 4 porcje): 

1 podwójna pierś z kurczaka
opakowanie (400g) przetartych pomidorów
opakowanie (400g) mieszanki chińskiej (mrożonej)
sól, pieprz
kurkuma, curry
cynamon
słodka papryka


Mieszankę chinśką wrzucamy na  suchą patelnię, przykrywamy i zostawiamy do momentu całkowitego rozmrożenia.

W międzyczasie przygotowujmy kurczaka: myjemy i kroimy w kostkę o boku ok. 1 cm. Solimy i pieprzymy. Smażymy przewracając co chwilę ok. 5 minut.

Gdy warzywa już się ugotują, zdejmujemy pokrywkę i odparowujemy wodę na dużym ogniu. Gdy już nie będzie wody, dodajemy przetarte pomidory i przyprawiamy wedle uznania. Przykrywamy i dusimy całość ok. 4 minut. Po tym czasie wrzucamy podsmażonego kurczaka, przykrywamy i zostawiamy go tak na 10 min. Podajemy bardzo gorącego. Smacznego!

2/21/2013

Sajgonki na parze

Składniki:

1 por (biała część)
2 marchewki
5 łyżek kiełków fasoli mung
300 g smażonego lub surowego mięsa (dowolnego)
ok. 15 arkuszy papieru ryżowego
cienki makaron ryżowy

do podania: 

sos sojowy, sos chili


Mięso przyprawiamy (solą i pieprzem, przyprawą 5 smaków, sosem sojowym albo w inny ulubiony sposób), krótko obsmażamy, kroimy w paseczki. Makaron przygotowujemy wg. instrukcji na opakowaniu. Marchewkę kroimy w zapałkę, pora siekamy w drobne krążki.

Każdy arkusz papieru zamaczamy krótko w letniej wodzie, płasko rozkładamy. Na jego środek nakładamy składniki nadzienia, zawijamy. Gotujemy ok. 14 minut na parze, podajemy z jasnym sosem sojowym lub słodkim chili.


1/19/2013

Kuchnia Wietnamu: ale Sajgon!

Wietnam żyje na ulicy. Tu skorzystasz z usług golarza, poplotkujesz przy jaśminowej herbacie, załatwisz sprawy biurowo-biznesowe, możesz się też wyspać. I zjeść.



Wietnamska ulica to gastronomiczny raj.

Wietnam smakuje inaczej na północy, inaczej na południu. Inaczej rano, inaczej wieczorem. Zawsze jednak jest niesłychanie aromatyczny, pikantny, słony, słodki. Pyszny.

Śniadanie: kanapka ze szpinakiem
W Ho Chi Minie, dawnym Sajgonie, którego potrawy słyną z fantazyjnych połączeń warzyw, owoców i ryb, a kuchnia czerpie z tradycji francuskiej kolonii. Wschód słońca należy więc do stoisk z bagietkami, jajecznicą i twarożkiem. W bagietce będzie jajecznica na cebulce i wodny szpinak, który przypomina blanszowaną zieloną fasolkę szparagową. Kobieta w słomkowym kapeluszu ustawia patelnię na dwóch cegłach nad paleniskiem, którego płomień roznieca wiatrak. Wbija jajka, przyprawia świeżym pieprzem, solą i cebulką. Na koniec dorzuca pędy wodnego szpinaku, zawija bagietkę w kawałek gazety i okręca gumką. Wolisz owoce - nie ma sprawy. Jak okiem sięgnąć, ruchome stoiska, wózki, rowery albo po prostu bambusowe kosze na kiju. W nich soczyste ananasy, mango, koralowe papaje, włochate rambutany, malutkie, wyjątkowo słodkie banany. I popularne tu smocze owoce w różowej skórce z białym miąższem i czarnymi nasionkami, w konsystencji i smaku podobne do kiwi, z wyglądu do gałki lodów waniliowych z makiem. Owoce czekają na klienta w skórkach, sprzedawcy obierają je na bieżąco, na życzenie wycinają w miąższu wymyślne rzeźby. Wietnamczycy przyprawiają cytrusy solą z chilli, dlatego sprzedawca doda ci do owoców zawiniątko z przyprawą. Do popicia - mleko kokosowe.

Wietnamskie jedzenie nie tylko pięknie pachnie i doskonale smakuje, ono też pięknie wygląda. Jest kolorowe, ma często niezwykłe kształty. Nawet banany są tu mniejsze i bardziej żółte od tych, które znamy w Polsce.


Lunch: sajgonki i kawa
Południe na targu. Hala w kształcie pagody - Binh Tay, od razu do części spożywczej. W brezentowych worach można znaleźć niezmielony kardamon, cynamon, tamarynd, imbir i oczywiście pieprz, z którego Wietnam słynie. Na końcu hali handlarze prezentują owoce morza i mięso, najwięcej jest bawolego. Są też stoiska z mięsem suszonym, smakosz znajdzie na nich nawet suszone koniki morskie. Ich zapach może odstraszać, ale te stoiska są na szczęście na tyle daleko od części gastronomicznej, że woń nie przeszkadza jedzącym. Bo Binh Tay to nie tylko ogromny bazar, ale i gigantyczna restauracja. Czas na sajgonki! Uwagę przyciągają nie te chrupiące, usmażone na złoto (chia gio), ale świeże. Warto wybrać: z kiełkami fasoli, pędami wodnego szpinaku, szklistym makaronem i wielką krewetką. Plus sosy: fistaszkowy i chilli.

Teraz czas na kawę w prawdziwej wietnamskiej kawiarni. Jest bardzo mocna i słodka. Na szklance stoi metalowy zbiorniczek z kawą, która powoli cedzi się przez sitko i spływa wprost na grubą warstwę skondensowanego mleka. Stawia na nogi, ale nie każdy lubi jej słodycz. Wietnamczycy mają w zwyczaju pić ją na kostkach lodu, zresztą kawę i owoce traktują jak deser, nie mają ciast ani tortów.

Wietnam ma 3440 km linii brzegowej, liczne zatoki, ogromne delty Czerwonej Rzeki i Mekongu. W tutejszej kuchni nie brakuje więc owoców morza. Omijam akwaria z wężami i żabami w miasteczkach delty Mekongu, zatrzymując się za to przy kałamarnicach, mątwach i krewetkach na wyspie Phu Quock w Zatoce Tajlandzkiej. Na plaży rozłożyły się setki małych knajpek, stoliki stoją bezpośrednio na białym piasku. Jem tu najchętniej kałamarnice, pokrojone w pasy, które pod wpływem smażenia, duszenia albo grillowania rolują się w pierścienie. Warte grzechu są owoce morza na ostro - grillowane i posypane trawą cytrynową, proste, ale wyjątkowo świeże i smaczne. Nie ustępują im mątwy, krewetki w imbirze lub sosie satay, smażone z warzywami czy wreszcie słodko-kwaśne. Do każdej potrawy dostaję słuszną porcję ryżu lub ryżowego makaronu.

Wieczór: rosół-śmietnik
Pho bo
Zmierzch w centrum miasta. Po ulicach suną podświetlone wózki z pieczonymi kasztanami i suszonymi kałamarnicami rozwieszonymi na sznurkach niczym pranie. Na chodnikach pojawia się więcej miniaturowych stolików i krzeseł. Część z nich należy do ulicznych sklepów z makaronem (na szyldzie widnieje napis PHO) lub ryżem (COM), inne do jaskrawo oświetlonych bistr. Siedzi się przy maleńkich plastikowych stolikach, resztki wywala wprost na chodnik, a talerze i butelki zalegają na stołach do momentu uregulowania rachunku. Sprzedawca nie zapisuje, co zjadłeś, po prostu liczy brudną zastawę. Daniem, które Wietnamczycy spożywają bez względu na porę dnia, jest pho, taki rosół-śmietnik. Mimo że kolebką pho jest Północ, ta najbardziej wietnamska z zup jest obecna wszędzie. Prawdziwego, esencjonalnego pho skosztowałam właśnie w Sajgonie. Z karty warto pho bo (rosół wołowy) na ostro, równie popularny jest pho ga z kurczakiem, ale tutejszy drób jest twardszy i chudszy niż nasz. Dostaniecie wielką miskę wywaru, ryżowego makaronu i cienko pokrojonych plastrów wołowiny z poszatkowanym szczypiorem i trawą cytrynową. Pachnie imbirem, cynamonem i anyżem. Ale to nie koniec. Wietnamska szkoła gotowania każe doprawić zupę po swojemu. Pomaga mi właściciel knajpki. Z kosza wypełnionego naręczem świeżych ziół wyciąga kolendrę, tajską bazylię, miętę, rzeżuchę, rokiettę, rozrywa liście nad talerzem i wrzuca garściami do zupy. Podsuwa talerz z pokrojonymi, superostrymi papryczkami chilli, kiełkami fasoli i cebulą. Jest jeszcze spodek z solą i pieprzem, do którego wyciskam limonkę, żeby maczać w takim sosie kawałki mięsa z zupy.

Północ - raj dla wegetarian
Im dalej na północ, tym więcej w menu dań smażonych i przyprawionych sosem sojowym. Kuchnia Północy jest zbliżona do chińskiej. Większość mieszkańców Hanoi to buddyści, więc liczę na potrawy wegetariańskie. W Tamarind Café na starym mieście mam wszystko, o czym marzę. Od zupy won ton po duszonego azjatyckiego bakłażana (chudszy i dłuższy), podanego w glinianej misie, zupę dyniową, sajgonki, tofu, także sushi. W Hanoi mieszają się kuchnie całego świata, a już na pewno całej Azji. Stolica to także miejsce dla amatorów psiego mięsa, niestety... Jest tu taka ulica, na której przez kilometr ciągną się psie bistra. Upieczone psy stoją za szklaną ladą i szczerzą zęby. Miałam wrażenie, że chcą pomachać wypieczonym ogonem. Mnie się chciało płakać, a za szybą siedzieli klienci i ze smakiem obgryzali łapki.

Cesarska kuchnia
Kuchnia w nieco sennym Hue i urokliwym Hoi An uważana jest za najbardziej wyrafinowaną, w końcu ma cesarskie korzenie. Jest ostrzejsza i bardziej kolorowa, mają tu absolutnie bezkonkurencyjne krewetki marynowane w soku kokosowym i kałamarnice wypełnione wieprzowiną w sojowym sosie. Kucharze zwracają szczególną uwagę na sposób podania i dekorację potraw. Tu zjesz sajgonki z krewetkami, ogórkiem, marchewką i zielonym mango. I słynne banh xeo, czyli chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, które żółty kolor uzyskują dzięki szczypcie curry, a wypełnione są paskami wieprzowiny, krewetkami, kiełkami, szczypiorkiem, przykryte miętą, kolendrą i bazylią. Tak dużo dodatków? W wietnamskiej kuchni musi być równowaga, takie kuchenne ying i yang. W jednym kęsie powinno być jednocześnie coś chrupiącego i miękkiego, zimnego i ciepłego, słodkiego i kwaśnego. Inna zasada, celebrowana w zamożnych rodzinach, to zastawianie stołów mnóstwem drobnych naczyń. To wspomnienie stołu cesarskiego, który był wypełniony po brzegi, aby dawać wrażenie obfitości. Tak też jest w lepszych restauracjach. W sali oświetlonej lampionami dostaniesz złote pierożki won ton, krewetkę na pędzie trzciny cukrowej, białą różę - zwinięte na kształt różanego pąka placki ryżowe posypane prażonymi krewetkami, oraz cao lao - danie serwowane wyłącznie w centralnym Wietnamie, czyli kawałki wieprzowiny na makaronie ryżowym. Obok stoi miseczka sosu rybnego i druga - z duszonymi warzywami.

Na koniec dobra rada: zanim wybierzesz się do Wietnamu, opanuj sztukę jedzenia pałeczkami. Tylko w ten sposób docenisz subtelny smak potraw i finezję kucharza, który je dla ciebie przygotował.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...